Tym, co oferuje nowoczesny świat przeciętnemu mężczyźnie, jest tysiąc i jeden sposobów na bezpieczne zepchnięcie naszego małpiego mózgu w otchłań.

Nasz świat nie oferuje mężczyznom żadnych dróg, na których mogliby doświadczyć męskiego spełnienia lub niezbędnego samczego doświadczenia. Tym, co oferuje nowoczesny świat przeciętnemu mężczyźnie, jest tysiąc i jeden sposobów na bezpieczne zepchnięcie naszego małpiego mózgu w otchłań. Zastanawia mnie, czy którykolwiek z mężczyzn w przypływie świadomości w przerwie od masturbowania się sztucznymi formami seksu i przemocy zadał sobie pytanie, którym Betty Friedan ujęła udrękę wyedukowanych gospodyń w latach 50.: „Czy to wszystko?”.

Urodziliśmy się w spokoju dobrobytu, gospodarce przyjemności, w społeczności masturbacyjnej bonobo. Nasza przyszłość, którą elita panów trzyma dla nas na sklepowych półkach, jest reklamowana w coraz większych ilościach. Im więcej apatycznej przyjemności, mniej ryzyka i wolności od niedostatku, tym więcej wszelkiego rodzaju masturbacji. Inżynierowie męskości oferują nam metaforyczne bitwy do stoczenia, jednak w rzeczywistym świecie najpoważniejsze walki, które przyjdzie nam „stoczyć”, odbędą się między biurokratycznymi elitami, ekspertami i majętnymi dyrektorami, którzy wierzą, że posiedli wiedzę o tym, co jest najlepsze. Reszta z nas zostanie odsunięta – do nudnej, pozbawionej ryzyka pracy, do kretyńskiego odsiadywania przy biurku i gapienia się w zegarek, oczekując powrotu do domu, żeby w końcu dogodzić sobie jakąkolwiek formą szalonego zastępczego lub wirtualnego doświadczenia, na które tylko będziemy mieć ochotę.