Dzika, nieokiełznana męskość vs. racjonalizm i zdrowy rozsądek. Co sprawia, że „Fight Club” jest ponadczasowym arcydziełem męskiego kina? Jakie mądrości możemy z niego wyciągnąć na temat nas samych? Zapraszam do lektury. 

Męskie kino kojarzy nam się głównie z mordobiciem, strzelaniem, walką, agresją i czystym testosteronem. Jednak bez filozoficznej głębi jest to zwykła rozrywka niskich lotów. Film „Fight Club” łączy zarówno to pierwsze, jak i to drugie. Jest opowieścią o poszukiwaniu swojego męskiego „ja” w świecie totalnego konsumpcjonizmu , gdzie człowiek staje się zakładnikiem oczekiwań innych. Film ten jest walką pomiędzy pierwotną, dziką i nieokiełznaną męskością, a światem, który go tej męskości brutalnie pozbawił.

Niedawno znowu obejrzałem film i uznałem, że muszę podzielić się moimi refleksjami z wami. „Fight Club” jest dziełem ponadczasowym, zawierającym niesłychanie uniwersalny przekaz dla każdego mężczyzny na tej planecie.

Czym jest „Fight Club”

Większość osób oglądała film, jednak zakładam, że część z was pewnie nie miała przyjemności obejrzeć tego dzieła.

W skrócie – narrator opowieści o nieznanym z początku imieniu ma ogromne problemy ze snem. Postanawia więc, idąc za radą lekarza, chodzić na różnego rodzaju terapie wsparcia dla osób śmiertelnie chorych lub po przejściach, co paradoksalnie pomaga mu w bezsenności. Tam poznaje Marlę, która podobnie jak on chodzi „wyczynowo” na tego typu spotkania. W pewnym momencie szef zleca mu wyjazd służbowy. Podczas służbowego lotu poznaje Tylera Durdena, ekscentrycznego sprzedawcę mydła. Gdy wraca z wyjazdu, okazuje się, że jego mieszkanie zniszczył wybuch. Dzwoni więc do poznanego podczas wyjazdu mężczyzny, do którego się sprowadza. Po kilku piwach postanawiają wdać się w bójkę. Tak im się to spodobało, że postanowili założyć klub, którego istotą była jedynie bójka. Klub zaczął zyskiwać na popularności, powoli przekształcając się w pewnego rodzaju organizację, której celem stał się sprzeciw wobec galopującego konsumpcjonizmu i bezustannego wyścigu szczurów.

Powstały w 1999 roku film niejako był manifestem amerykańskiego pokolenia X, urodzonego w latach 70 i 80 XX wieku. Był on odpowiedzią na powszechny mit amerykańskiego snu, w którym każdy, kto ciężko pracuje, jest w stanie przejść magiczną drogę od pucybuta do milionera i stać się człowiekiem sukcesu. Jednak kolejne kryzysy finansowe i koniec prosperity po epoce Reagana sprawiły, że wielu ludzi ostro przejechało się na tym micie. Kolejne długi, kredyty, konsumpcyjny tryb życia i przymus osiągnięcia sukcesu sprawił, że wielu ludzi z tego pokolenia zaczęło sobie zadawać pytanie „Po co to wszystko? Przecież to bez sensu”. Efektem tego typu myślenia jest jeszcze kilka innych, świetnych filmów z tego okresu, m.in. „American Beauty” czy „Mała Miss”.

Uwaga, od tego momentu będą spoilery! 

Dzika męskość vs. zdrowy rozsądek

Choć głównym przesłaniem filmu jest rozprawianie się z mitem amerykańskiego snu, nie da się ukryć, że niemal równorzędnie przewija się przez film motyw wewnętrznej walki głównego bohatera pomiędzy czystą, brutalną i dziką męskością, a spokojnym i wyważonym produktem naszej kultury. Jack (jak sam siebie określa w swojej postaci granej przez Edwarda Nortona) jest grzecznym, przykładnym obywatelem, posłusznym wobec prawa, zasad społecznych, swojego szefa i przede wszystkim doskonałym konsumentem, który wydaje masę pieniędzy na szwedzkie meble. Tyler Durden zaś jest jego nieokiełznaną, dziką męską naturą. Nie boi się dostać po ryju, nie waha się przed niczym, umie pokonać ból, normy społeczne, zasady, nawet prawo. Jest czystym, nieskalanym przez cywilizację mężczyzną, który nie boi się żadnego ryzyka, nawet ryzyka śmierci.

W każdym z nas, w każdym facecie na tej planecie, nawet w największym sojowym gościu chodzącym po tej planecie jest cząstka takiego Tylera Durdena. Najlepiej to widać na przykładzie Boba. Bob pojawia się na początku filmu jako wielki facet z ginekomastią, który wypłakuje hektolitry łez z powodu swojej sytuacji życiowej. Cierpiał na nowotwór jąder, przez co stracił swój najważniejszy, męski organ. Symbolika tej postaci jest dość ewidentna – jest to facet pozbawiony metaforycznych jaj (w tym wypadku dosłownie). Jednak nawet Bob pokonał swój strach i znalazł odwagę, by dołączyć do Fight Clubu, a nawet stał się jedną z ważniejszych postaci całej organizacji.

Poniekąd taką postacią, choć nie w aż tak karykaturalnej formie, był narrator, czyli Jack. Jack w pewnym momencie rozmawia z Tylerem na temat swojej przeszłości. Ma miejsce bardzo ciekawy dialog na temat rodzicielstwa:

– Mój ojciec nie poszedł na studia. Zależało mu więc, abym ja poszedł.
– Coś mi to przypomina.
– Skończyłem studia. Dzwonię do niego i mówię: „Co teraz, tato?”. A on na to: „Znajdź pracę.”.
– Miałem to samo.
– Mam 25 lat. Znowu do niego dzwonię. „Co teraz, tato?”. A on na to: „Nie wiem. Ożeń się.”.
– Nie można się ot tak ożenić. Jesteśmy 30-letnimi chłopcami.
– Jesteśmy generacją mężczyzn wychowanych przez kobiety. Zastanawiam się, czy następna kobieta jest odpowiedzią na nasze problemy.

Zabawne jest to, że w tych kilku zdaniach zawarty został cały problem dotykający współczesnych mężczyzn. Brak ojca lub jego obojętność, brak męskich wzorców, pójście utartym szlakiem życiowej drogi są absolutnie toksyczne dla mężczyzn, którzy nie wiedzą jak żyć, bo nikt ich tego nie nauczył. W zamian za to mieli pełno bezpieczeństwa, troski, brak potrzeby ryzykowania życiem i zdrowiem, złotą klatkę, w której mamusia podstawiała im wszystko pod nos. Mówimy tutaj o filmie, który powstał 20 lat temu. Teraz jest zdecydowanie gorzej niż wtedy, jeśli chodzi o wychowanie chłopców.

Męski rytuał przejścia

Przedstawiony w filmie Fight Club stał się pewnego rodzaju rytuałem przejścia dla mężczyzn, którzy go potrzebowali, a go wcześniej nie dostali. Nie walczyli z niedźwiedziem, nie przechodzili próby gór jak wiedźmini, nie musieli upolować zwierzyny, nie chodzili po rozżarzonych węglach. Jeszcze przecież mógłby sobie zrobić krzywdę i co by było? Mężczyźni, którzy uczestniczyli w walkach, świadomie narażali się na ból, cierpienie, przemoc i utratę poczucia bezpieczeństwa i komfortu. Dlaczego? Czy jakakolwiek kobieta byłaby w stanie zrozumieć, dlaczego ci mężczyźni świadomie narażali się na taki dyskomfort? Może byli nienormalni?

Otóż wszystko z nimi było w porządku. Bardziej nienormalne jest to, że chowamy nasze dzieci w absolutnym bezpieczeństwie, po czym dziwimy się, że kontakt z obcą osobą powoduje u nich dyskomfort, nie mówiąc już o niesympatycznych komentarzach w internecie czy krzywym spojrzeniu na ulicy. Pokolenie płatków śniegu, które żyje w permanentnym poczuciu dyskomfortu. To właśnie efekt chowania dzieci w świecie wolnym od absolutnie żadnej przemocy, ryzyka czy agresji.

O ile dla kobiet taki świat jest bardziej naturalny, tak chłopcy się duszą w tym świecie i są nieszczęśliwi. Mniej więcej rok po powstaniu filmu powstała książka The war on boys autorstwa Christiny Hoff Sommers. Wielokrotnie wspominałem o tej książce i tu też uważam, że warto o niej wspomnieć (leży już u mnie na półce, jak tylko przeczytam, to nie omieszkam zrecenzować jej w całości). Jednym z efektów jej zdaniem złego podejścia do uczniów płci męskiej, jest niszczenie ich naturalnej potrzeby rywalizacji, podejmowania ryzyka i tłumienia w nich energii. To ma prowadzić do problemów z koncentracją, a w efekcie gorszych wyników w nauce.

Dlatego też ci faceci ordynarnie lali się po gębach, czując przy tym wręcz masochistyczną radość z możliwości odczuwania bólu. Coś, co mogłoby się wydawać niezrozumiałe dla niektórych, dla nich było wyzwoleniem. Paradoks polega na tym, że dając sobie po mordzie, przekraczali granicę strefy komfortu, stając się lepsi, w ich mniemaniu, od reszty społeczeństwa. Stąd też eksperyment, jaki w połowie filmu zaproponował członkom klubu Tyler Durden – mieli oni celowo wdać się w bójkę z obcymi ludźmi i przegrać. Smak porażki w bójce pozwoliłby im pokonać kolejną granicę strefy komfortu, sprawiając, że staliby się silniejsi od innych. W ten sposób hodował armię ludzi absolutnie odporną na strach przed bólem i cierpieniem, który ich ograniczał.

Teraz pomyślmy – ile jest takich konwencji społecznych, które ograniczają twojego wewnętrznego Tylera Durdena? Jak często pomyślisz, że to, co robisz, jest niewłaściwe? Gdybyś usiadł i pomyślał nad tym, to takich rzeczy jest cała masa. Nie mówię tutaj o łamaniu prawa oczywiście, ale pomyśl, jak często czegoś nie powiedziałeś lub nie zrobiłeś tylko dlatego, że ograniczał cię fakt wyjścia ze strefy komfortu?

Dlaczego faceci robią głupie rzeczy po pijaku? Alkohol zdejmuje z nich właśnie tę magiczną, wewnętrzną granicę, którą stawia im Jack i nie obchodzi ich, co ludzie sobie pomyślą. To jest właśnie ten twój wewnętrzny Tyler Durden. To nie alkohol sprawia, że ludzie stają się agresywni. On powoduje, że ludzie stają się prawdziwi. Działa za nich instynkt. To dlatego faceci stają się agresywni, a kobiety poszukują bliskości. Po alkoholu w pewnym sensie wracamy do stanu umysłu z czasów prehistorycznych.

Żyj według własnych zasad

Kim jest samiec alfa? To osoba, która jest tak charyzmatyczna, że pociąga za sobą tłumy i wzbudza powszechny podziw. Taką osobą jest Tyler Durden. Co sprawiło, że poszło za nim tysiące mężczyzn? Co sprawiło, że byli gotowi umrzeć nawet za to, co głosił?

Tyler Durden to, jak już żeśmy wcześniej ustalili, pewnego rodzaju archetyp, rodzaj animusa, męskiego ja, które siedzi w każdym z nas. Nie istnieją faceci, którzy są w 100% jak Tyler. Jest on skrajnością w każdym calu. Człowiek złożony w 100% z czystego testosteronu. Nie dba o wygląd. Widząc metroseksualnego modela majtek Calvina Cleina w autobusie, śmieje się i mówi do Jacka „widziałeś, żeby facet wyglądał w ten sposób?”. Nie boi się ryzyka, nawet ryzyka śmierci – świadomie jechał samochodem wprost na ciężarówkę, po czym puścił kierownicę, by samochód zjechał do rowu. Dosłownie bierze, co chce – wsiada do super bryki, którą widzi na postoju i nią odjeżdża, nie bacząc na to, że jej właściciel stoi tuż obok. Kocha się namiętnie z Meryl kilkanaście razy w ciągu nocy. Ale najważniejsza rzecz – żyje według własnych zasad.

Problem ze współczesnymi mężczyznami polega m.in. na tym, że w większości nie mają zasad. I nie chodzi tutaj o czyjeś zasady. Tu chodzi o swoje własne zasady, które ktoś sobie sam narzucił. Tyler Durden żyje całkowicie według tych zasad. Każde jego działanie jest oparte wyłącznie na nich. To on wyznacza reguły Fight Clubu innym. Nawet jak przychodzi właściciel piwnicy, gdzie się spotykali i każde im się wynosić, on mu się stawia, daje się pobić, co sprawia, że właściciel paradoksalnie miękknie i pozwala im dalej się tam spotykać. Mając władzę nad sobą, nad swoim ciałem i umysłem, oddziaływuje na innych. Inni podświadomie chcą podążać za kimś, kto jest takim twardzielem. Właśnie te zasady sprawiają, że Tyler Durden jest prawdziwym mężczyzną.

Umówiliśmy się, że Tyler Durden jest pewnego rodzaju archetypem, nie ma człowieka, który byłby nim w 100%. Taka osoba najpewniej albo jest chora psychicznie, albo mega toksyczna. Człowiek jest zawsze wypadkową różnych przeciwstawnych sił. Kobiecość i męskość to dwa przeciwstawne do siebie żywioły. W wypadku „Fight Club” męskość to dzikość, instynkt, podążanie w zgodzie ze swoimi pragnieniami. Kobiecość jest zaś racjonalna, jest życiem według narzuconych zasad, wzorców kulturowych. Każdy człowiek ma w sobie trochę Tylera i trochę Jacka.

Problem polega na tym, że współcześnie jest za dużo Jacka, a zdecydowanie za mało Tylera. Brakuje nam tego czysto-samczego żywiołu, który pobudza facetów do działania, daje im motywacyjnego kopa i sprawia, że są bardziej sobą. Tymczasem pogrążają się oni w marazmie, depresji, zajmują się spełnianiem zachcianek i marzeń innych, zwłaszcza innych kobiet. Zobaczcie, ilu kolesi stawia posiadanie kobiety za cel swojego życia. A przecież partnerka życiowa to jedynie dodatek do życia, a nie jego cel. Gdyby więcej facetów myślało w ten sposób, mniej byłoby rozwodów, ludzkich dramatów, bezdomności, alkoholizmu i męskich samobójstw. Stawiając metaforyczną waginę na piedestale, przestaliśmy dbać o to, co w życiu liczy się najbardziej. Liczy się przede wszystkim, by żyć według własnych zasad, dążyć do swojego celu do przodu bez patrzenia się na nikogo – robić to, co sprawia, że jesteś szczęśliwy.

Mężczyźni współcześnie żyją według zasad, które są im narzucone. Konsumują, marnują czas w mediach społecznościowych, kupują rzeczy, których nie potrzebują, chodząc do pracy, której nie lubią. Brzmi to jak truizm, ale pomyśl – czy twoje życie na pewno jest efektem twoich własnych oczekiwań, czy może efektem oczekiwań innych?

Sam film oceniam oczywiście na 10/10. Rzadko zdarzają się, że są filmy, po których mnożą się refleksje z każdym kolejnym obejrzeniem. „Fight Club” jest właśnie takim dziełem. Jeśli go jeszcze nie oglądaliście, polecam serdecznie. Uważam, tak jak napisałem w tytule, iż jest to arcydzieło męskiego kina. Nie tylko pozwala nam zrozumieć, czym jest męskość, ale i pokazuje nam drogę, którą powinniśmy dążyć oraz jak należy nie przesadzać w byciu Tylerem. Można z niego wyciągnąć więcej mądrości, niż może nam się zdawać na pierwszy rzut oka. Jest to dobra odtrutka na obecną, popkulturową, uniseksualną papkę, duszącą kobiecość i męskość.

Mężczyzna racjonalny

Czy jesteś wystarczająco pewny siebie, żeby jak prawdziwy mężczyzna przyjąć odtrącenie na klatę, uśmiechnąć się nonszalancko i wrócić po więcej?
Czy może uciekniesz, odcinając się od reszty świata za wygodnym buforem?
Przekonaj się!