Kolejna gala rozdania Oscarów za nami. To dobry moment, aby postarać się zastanowić nad tym, dlaczego hollywoodzkie kino akcji stało się narzędziem propagandzistów lewicowo-liberalnych i jak z tym walczyć? 

Oscary te przejdą do historii, ale nie z pozytywnych powodów. Pierwszy raz w historii… nie było prowadzącego. A wszystko to dlatego, że wybrany do prowadzenia gali czarnoskóry Kevin Hart śmiał na stand-upie żartować z gejów.

 
Feministyczno-liberalny rak, jaki toczy to środowisko hipokrytów, w którym za sloganami o równości i postępie dopuszcza się molestowanie aktorek i aktorów (nie oszukujmy się, że cześć tych zarzutów była prawdziwa, na przykład w przypadku skazanego Billa Cosby’ego) będzie zbierał coraz to większe żniwa, aż w końcu Oscary staną się marginalną imprezą kilku snobów.
 
Światowe trendy w kinie, w którym masowo tworzy się postacie feministycznych Mary Sue (jak Rey z disneyowskiej sagi Star Wars) lub porusza po raz n-ty temat rasizmu (zwycięzca w kategorii najlepszy film „Green Book”), sprawiają, że ludzie odwracają się od mainstreamowych produkcji. W przypadku sagi Star Wars jestem pewien, że następna część będzie miała najmniejszą widownię w historii sagi i to na własne życzenie, bo ludzie nie mają ochoty oglądać po raz kolejny płaskich, jednowymiarowych postaci bez charakteru oraz wyczerpie się ich cierpliwość wobec buty i arogancji twórców.

„Nie mamy pańskiego płaszcza, i co pan nam zrobi?”

Ten cytat z „Misia” idealnie pasuje do tego, w jaki sposób twórcy „The Last Jedi” odebrali ogromną falę krytyki, jaka spotkała ich w związku z ich ostatnim dziełem z sagi Star Wars. Fani zarzucali przede wszystkim miałkość postaci, politycznie poprawną narrację oraz kreację głównych bohaterów, którzy byli wyjątkowo pozbawieni charakteru, byli jednowymiarowi i zwyczajnie nudni.

Na krytykę reżyser Rian Johnson butnie odpowiedział, że będzie on robił wszystko zgodnie z własną wizją, a nie na podstawie tego, co chce fandom. Jego wypowiedzi były krytykowane nawet przez odtwórcę roli Luke’a Skywalkera Marka Hamilla.

Odbiór „The Last Jedi” był tak negatywny, że nawet powstała fanowska wersja „TLJ: Defeminised Fan-Edit”, z której wycięto fragmenty z wepchniętymi na siłę kobietami, wycięto irytującą postać Rose oraz kilka bezsensownych scen. W efekcie mieliśmy film trwający zaledwie 46 minut. Wersja ta szybko obiegła sieć, dotarła również do twórców i lewicowych dziennikarzy filmowych, którzy zgodnie wyśmiali tę wersję, twierdząc, że „mężczyźni nie potrafią znieść, że kobiety też potrafią”.

Ta buta poskutkowała wynikiem ostatniego filmu z uniwersum Star Wars. „Han Solo” miał najgorszą sprzedaż w historii serii — zaledwie 146 milionów dolarów w ciągu pierwszych dwóch tygodni. Dla porównania „Ostatni Jedi” zarobił w tym czasie 464 miliony dolarów.

Wpychanie na siłę postaci Mary Sue do filmów akcji jest ostatnio na porządku dziennym. Już wkrótce na ekrany trafi film „Kapitan Marvel” o kobiecie-superbohaterce, której wychodzi wszystko i która „kopie zady” białym facetom. Grająca ją aktorka już dała popis swojego feministycznego zacietrzewienia, gdy posypały się na temat filmu „Pułapka Czasu” negatywne opinie ze strony krytyków filmowych. Stwierdziła ona wówczas, że to skandal, że filmy są oceniane w większości przez białych mężczyzn i że przez to film został tak zjechany. Jej seksistowskie i rasistowskie wypowiedzi spotkały się z reakcją fanów. Film „Kapitan Marvel”, który ma mieć premierę na początku marca, miał coraz gorsze wyniki na serwisie „Rotten Tomato”. Gdy film chciało obejrzeć już tylko 28 % użytkowników nagle serwis… wyłączył możliwość oceny!

Eisensteinowska propaganda

Aktorzy i twórcy filmowi w Hollywood od zawsze mieli raczej lewicowo-liberalne poglądy, które co chwila podkreślali, ale nigdy nie było sytuacji, by w swoich dziełach tak bardzo szli zgodnie z ideologiczną linią, tworząc propagandowe kino rodem z ZSRR. Większość dzieł ma schemat „kobieta/czarnoskóry/gej walczą ze złymi, białymi mężczyznami”. Tak było w filmie „Służące”, tak było w „Kształcie Wody”, tak było w „Green Book”, który wygrał Oscara w kategorii „Najlepszy film”. Do tego dochodzi wszelkiego rodzaju „feminizacja” kina akcji, typu wspomniana „Kapitan Marvel” czy „Mad Max: Na drodze gniewu”, gdzie tytułowy bohater został zmarginalizowany na rzecz kobiet. To samo w przypadku absurdalnie słabych „Pogromców Duchów” w wersji żeńskiej, który to film wywołał u widzów drwiący śmiech. Co ciekawe, również w przypadku tego filmu mieliśmy do czynienia ze skrajną butą twórców. John Rothman z firmy Sony Pictures, dystrybutora filmu, na krytykę ze strony fanów starych „Ghostbusters” stwierdził: „J*bać ich”.

Mamy więc do czynienia z tanią propagandą, serwilizmem wobec skrajnie lewicowych środowisk, a w dodatku tandetne filmy z nieciekawą fabułą i źle napisanymi postaciami. W efekcie możemy mówić o poważnym kryzysie w Hollywood. Z twórców filmowych, opowiadających dobre historie, stali się tanimi propagandzistami idei lewicowo-feministycznych. Nic więc dziwnego, że widzowie reagują oburzeniem, a ich cierpliwość jest już na wyczerpaniu. Wystarczy jeszcze jeden tego typu propagandowy gniot i czara goryczy się przeleje.

Jest iskierka nadziei, że ogólny trend chociaż osłabnie. Po klęsce „Hana Solo” Disney postanowił zawiesić pracę nad kolejnymi spin-offami. W czasie filmu robiono też zmiany kadrowe, może w końcu stara ekipa z Rianem Johnsonem na czele zostanie nieco zmieniona. Jedyny sposób, by powstrzymać to szaleństwo, to pokazać im środkowy palec za pomocą portfela. Ja na pewno na IX część nie pójdę. Ani na żaden feministyczno-postępowy film akcji.

Mężczyzna racjonalny

Czy jesteś wystarczająco pewny siebie, żeby jak prawdziwy mężczyzna przyjąć odtrącenie na klatę, uśmiechnąć się nonszalancko i wrócić po więcej?
Czy może uciekniesz, odcinając się od reszty świata za wygodnym buforem?
Przekonaj się!