Youtuberka Kasia Gondor nagrała niedawno całkiem ciekawy film, w którym wskazała na dyskryminację kobiet w liczbach. Powieliła mnóstwo mitów i półprawd na ten temat, że aż postanowiłem się odnieść do danych przez nią bezrefleksyjnie przedstawionych. 

#PiekłoKobiet

Film powstał wczoraj, więc bardzo świeżo po wydarzeniach mających miejsce przez ostatnie 2 tygodnie w Polsce. O tym, czy aborcja jest lub nie jest prawem kobiety, na pewno nie będę tutaj rozmawiał, uznałem bowiem ten temat za zbyt konfliktowy i zbyt mało merytoryczny. Natomiast przy okazji dyskusji o aborcji często feministki i osoby z feminizmem sympatyzujące, podnoszą temat „dyskryminacji kobiet”. Owszem, dyskryminacja kobiet ma miejsce, natomiast wielokrotnie mówiłem, że tylko i wyłącznie na poziomie kulturowym, nie prawnym i nie systemowym. Wielokrotnie to udowadniałem, obnażając za pomocą szeroko dostępnych danych, mity powtarzane przez feministki o rzekomej dyskryminacji, które de facto, gdyby spojrzeć w ujęciu bardziej szczegółowym, okazują się być zwykłym paradoksem statystycznym.

Jedną z takich osób, które postanowiły udowodnić, jak bardzo źle żyje się w Polsce i w zachodnim świecie kobietom, jest niejaka Kasia Gandor. Nie znam jej, ale patrząc na wrzucany przez nią na Youtube kontent, jest to osoba o lewicowo-liberalnych poglądach. Nie dziwi zatem, iż również jest feministką, choć na zachodzie już często lewicowe poglądy niekoniecznie idą w parze z feminizmem -> patrz jutuberka ShoeOnHead.  Kasia nagrała film, w którym przytoczyła „dyskryminację kobiet” w liczbach:

Jak widać, wiele z tych danych było przeze mnie omawianych, dlatego też nietrudno będzie zweryfikować mity, które panna Kasia raczyła powielić w swoim nagraniu.

1. Gender Wage Gap

I oto królowa wszystkich feministycznych mitów, prima donna wszelkiej statystyki, dowód na #piekłokobiet i ostateczny dowód na istnienie krwiożerczego patriarchatu. Moja drwina oczywiście jest wynikiem tego, że choć już od kilku lat poważni ekonomiści rozprawili się z mitem gender wage gap, to nadal jest on przez niektórych traktowany jako poważny argument w dyskusji na temtat dyskryminacji kobiet.

Ponieważ odnosiłem się do tej kwestii wielokrotnie, ujmę temat w telegraficznym skrócie:

1. Badania naukowców z Uniwersytetu Harvarda udowodniły, że gender wage gap wynika wyłącznie z indywidualnych decyzji kobiety, takich mniejsza liczba godzin pracy, częstsze branie urlopu, inne wybory zawodowe etc. https://scholar.harvard.edu/files/bolotnyy/files/be_gendergap.pdf

2. Publicystka „Forbes” Karlyn Borysenko w felietonie pisze, że gender wage gap nie istnieje, jeśli wziąć pod uwagę wspomniane wcześniej czynniki obiektywne. https://www.forbes.com/sites/karlynborysenko/2020/03/31/great-news-ladies-the-gender-pay-gap-is-a-myth/?sh=2670aefd3b34

3. Feministka Christina Hoff Sommers wyjaśnia gender wage gap https://www.huffpost.com/entry/wage-gap_b_2073804?guccounter=1

4. Według raportu GUS z 2016 roku w 6 na 16 województw godzinowa różnica płacy była niekorzystna dla mężczyzn https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/6cSk9kpTURBXy8yOTUxZjdjYjljZjZlYTgxMjYzNDAwNGZiMGNiMTMyMi5wbmeRlQLNA5gAwsOBoTAF

5. Dr Dominik Śliwicki obliczył nierówności płacowe za pomocą Dekompozycji Oaxaca-Blindera. Wynik badań był podobny do tego, co widzieliśmy w raporcie GUS z 2016 roku. https://www.researchgate.net/publication/287711723_Roznice_w_wynagrodzeniach_mezczyzn_i_kobiet_w_wojewodztwach

6. Kolejny artykuł z „Forbesa”, również autorstwa kobiety https://www.forbes.com/sites/karinagness/2016/04/12/dont-buy-into-the-gender-pay-gap-myth/?sh=36803ce92596 

I mnóstwo innych artykułów, głównie autorstwa ekonomistów i naukowców.

Rzeczywiście, jeśli przyjmiemy suchą statystykę, bez jej dogłębnej analizy i przyczyn różnic płac, wyjdzie nam, że kobiety są dyskryminowane. Jednak po analizie wyborów zawodowych kobiet, liczby godzin i nadgodzin przepracowanych przez poszczególne płcie, liczby urlopów na żądanie, zwolnień lekarskich, doświadczenia zawodowego, efektywności pracy, liczby kobiet w zawodach wysokiego ryzyka, okaże się, że nie tylko gender wage gap nie istnieje, ale i praca mężczyzn jest wyraźnie niedoszacowana.

2. Nieodpłatna praca domowa

To jest bodaj najbardziej absurdalna statystyka, jaką można było przeliczyć. Ja oczywiście nie neguje, że jeśli ktoś policzy pracę kobiet w domu za stawkę zawodowej niańki, kucharki i sprzątaczki, to wyjdzie dużo. Nie zmienia to faktu, że sama koncepcja jest z gruntu absurdalna. Bowiem każdy, dosłownie każdy człowiek na świecie dokonuje nieodpłatnych prac w swoim gospodarstwie domowym, również dla rodziny. Zwróćmy może uwagę na obszary „nieodpłatnej pracy” mężczyzn. Wbrew pozorom jest w czym wybierać. Oprócz regularnych prac, które mężczyźni po prostu współdzielą z kobietami (wbrew temu co twierdzą feministki nie żyjemy w patriarchacie i partnerzy dzielą się obowiązkami domowymi w miarę po równo) możemy wymienić:

  • nieodpłatna praca szofera (mężczyźni częściej prowadzą samochód)
  • nieodpłatna praca mechanika (drobne naprawy w samochodzie, wymiany płynów, wycieraczek, żarówek w samochodzie)
  • nieodpłatna praca elektryka (naprawa kontaktów, sprawdzanie bezpieczników)
  • nieodpłatna praca firmy sprzątającej (wyrzucanie śmieci)
  • nieodpłatna praca drwala (rąbanie drewna)
  • nieodpłatna praca ogniomistrza (odpalanie pieca, grilla lub kominka)
  • nieodpłatna praca ogrodnika (koszenie trawy)

Mógłbym jeszcze długo wymieniać, ale tu nie chodzi o to, by się licytować, tylko żeby zwrócić uwagę na absurd tego typu statystyk. Równie dobrze można by było zrobić statystykę, ile mężczyźni wydają na kobiety na randkach na świecie i też wyjdzie kosmiczna liczba, jak w tym przypadku (sądzę nawet, że więcej niż 11 bilionów dolarów). Tylko do czego to zmierza? By życie rodzinne sprowadzić do jakiegoś absurdalnego wyliczania sobie kosztów każdego obowiązku, jaki wykonujemy dla siebie i bliskich? Może jeszcze policzymy schorowanej babci czy dziadkowi rachunek za usługi pielęgniarskie?

Najlepiej ten absurd obrazuje skecz kabaretu Hrabi (wiem co sądzicie o polskich kabaretach, ja sądzę to samo, ale Hrabi jest dumnym wyjątkiem).

3. Niedoreprezentowanie kobiet w firmach i zarządach

To też jeden z moich ulubionych mitów. Nie ważne są kompetencje, doświadczenie poszczególnych osób, ich wartość dla firmy czy instytucji. Liczy się RUWNOŹDŹ!!!

Abstrahując od faktu, że Polska ma jeden z najwyższych odsetków menadżerów w Europie (44%) wśród kobiet, to bazowanie na kryterium płci jest absurdalne. O ile jeszcze kwestią dyskusyjną jest to, czy na stanowiskach politycznych kobiety z racji reprezentowania połowy społeczeństwa mają prawo mieć równą reprezentacje na szczeblach władzy (moim zdaniem nie), tak narzucanie tego firmom i korporacjom jest kompletnym absurdem. Właśnie dlatego, że traktują wszystkich pracowników równo, dlatego nie ma tam osób z przypadku. Korporacje i firmy, choć wielu pewnie to zdziwi, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich działania marketingowe wobec osób LGBT czy z okazji protestów BLM, mają tylko jeden cel – zysk. I wyłącznie tym kierują się przy swoich decyzjach. Każda ich decyzja jest analizowana pod tym kątem. Jeśli nawet wprowadzają kwoty mniejszości, to robią to tylko i wyłącznie dla celów PR-owych, a nie dlatego, że wierzą w równość wszystkich ludzi. Taka jest brutalna prawda.

Dokładnie tym samym, obiektywnym kryterium kierują się przy obsadzaniu stanowisk w radach nadzorczych. Rada nadzorcza, czyli organ decyzyjny firmy na najwyższym szczeblu. Tam nie może być przypadkowych osób. Jeśli są, to szybko spadają ze stanowiska.

Teraz odpowiedzmy sobie na proste pytanie – czy firma naraziłaby się na straty wizerunkowe i finansowe tylko po to, by dyskryminować kobiety i celowo zabierać im miejsca w radach nadzorczych? Myślę, że każdy zna odpowiedź na to pytanie.

Inna kwestia jest również taka, że aby dostać się na wysokie stanowisko w korporacji, wymaga to bardzo wysokich zdolności kompetytywnych. Kobiety średnio są mniej chętne do rywalizacji i ryzyka niż mężczyźni. Stąd również tak mało jest ich na tychże stanowiskach. Jednakże średnio są również bardzo skuteczne w podzielności uwagi i multitaskingu, dlatego też świetnie sprawdzają się w roli menadżerów średniego szczebla, co udowadnia Polska.

4. Wazektomia i salpingektomia

Oczywiście musiał pojawić się ten argument. Nie bardzo rozumiem, jak świadome pozbawienie się zdolności płodzenia można uznać za „prawo” jakiejkolwiek płci. Ale zostawmy w tym momencie rozterki moralne i przyjrzyjmy się zagadnieniu.

Kasia twierdzi, że wazektomia jest legalna, a salpingektomia nie. Oczywiście to nieprawda. Obie metody są wykonywane na rynku i w obu przypadkach jest to działanie nielegalne, ale tolerowane przez organy ścigania, najprawdopodobniej ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu. Jednak nie można absolutnie postawić znaku równości między oboma zabiegami.

Wazektomia jest w pełni bezpieczna, ryzyko powikłań występuje jedynie w 0,5% przypadków. W 90% zabieg jest w pełni odwracalny. Natomiast sprawa jest bardziej skomplikowana w przypadku kobiet. Salpingektomia jest co prawda odwracalna, ale bardzo niewielu chirurgów wykonuje taki zabieg, jest on trudno dostępny i przede wszystkim bardzo kosztowny. Odwracalność salpingektomii wynosi od 20% do 90% zależnie od badań. Nawet uśredniając ten wynik jest on dużo niższy niż w przypadku wazektomii.

Dlatego właśnie też częściej robi się wazektomię. Nie dlatego, że źli, podli samce uwzięli się na kobiety i chcą je pozbawić prawa do bycia bezpłodną „silną, niezależną kobietą” bez dzieci, tylko po prostu kliniki wykonujące takie zabiegi boją się ewentualnych konsekwencji prawnych, gdyby doszło nie daj Boże do jakichś komplikacji. Te są dużo mniejsze w przypadku wazektomii.

Jeszcze mała uwaga – praktycznie w całej Europie wazektomia jest traktowana jako w pełni legalny środek antykoncepcyjny. W Polsce nie. Czy zatem Polska dyskryminuje mężczyzn?

5. Wiagra bez recepty? Bzdura

Tutaj panna Kasia po prostu kłamie. Świadomie lub nie, ale kłamie. Jak najbardziej Viagra jest w Polsce na receptę, tak samo jak w całej Europie oprócz Wielkiej Brytanii, która 3 lata temu zalegalizowała Viagrę bez recepty. Skąd w ogóle ten pomysł, żeby podnosić ten argument?

Na subreddicie o nazwie „r/europe”, gdzie de facto siedzą osoby głównie z Polski, wylewające wiadro pomyj na nasz kraj, przedstawiający go jako istne jądro ciemności, ktoś wrzucił taką oto mapę:

Oczywiście ta mapa jest fałszywa, nie ma podanych żadnych źródeł, a i jej opis jest niezgodny z rzeczywistością. Viagra w Polsce jest bowiem na receptę, jak już wspomniałem. Dozwolona jest substancja czynna sildenafil w mniejszych dawkach.  Jest ona dostępna w wielu krajach Europy, nie tylko w Polsce i Wielkiej Brytanii. Firma Pfizer wypuściła nawet lek „Generic Viagra” o obniżonej zawartości substancji czynnej, który w tych krajach jest dostępny bez recepty. Sprawdziłem leki na potencję z zawartością 25mg sildenafilu i ich dostępność w internetowych aptekach w kilku europejskich krajach. I tak o to lek można kupić bez recepty m.in. w:

  • Niemczech
  • Czechach
  • Włoszech

Niestety bariera językowa i trudność w wyszukiwaniu sprawiła, że przeanalizowałem tylko kilka krajów w Europie. Zatem wiemy, że w co najmniej 5 krajach (włącznie z Wielką Brytanią i Polską) UE  leki z sildenafilem są sprzedawane bez recpety. Rzeczywiście w kilku krajach substancja czynna jest całkowicie objęta receptą (m.in. we Francji i Hiszpanii). Jednak na pewno nie jest to wyłącznie Polska i Wielka Brytania.

Co do legalności sildenafilu, to nie wynika, jak się komuś może wydawać, z dyskryminacji kobiet, ale po prostu z tego, jak u nas wygląda rynek leków. Zauważcie, że mniej więcej 70-80% reklam w radiu i telewizji, to reklamy środków medycznych. Pod tym względem mamy jedno z bardziej liberalnych praw, jeśli chodzi o kwestie farmaceutyki. A lek na erekcję to jest sposób na łatwy zarobek dla koncernów. Pigułkę EllaOne nie bierze się tak często jak leków na potencje, bo jak sama nazwa wskazuje jest to pigułka awaryjna. Na takiej pigułce koncerny farmaceutyczne nic nie zarobią, zatem nie dziwne, że nie lobbowały przeciwko decyzji o wpisaniu jej na receptę.

Oczywiście panna Kasia nie przedstawiła żadnych danych poza wspomnianą mapką, więc jej argumenty i tak w tym momencie przestają mieć znaczenie, bowiem najprawdopodobniej mapka została zmyślona przez anonimowego użytkownika portalu Reddit.

5. „Im niższy poziom dyskryminacji, tym wyższe wyniki w testach matematycznych”

Jest szereg dowodów, że kobiecy i męski mózg różnią się i chłopięcy mózg rzeczywiście ma większe predyspozycje do techicznych kwestii, a kobiecy do językowych i pracy z ludźmi (np. Simon Baron-Cohen). Skąd zatem równe wyniki dziewczynek i chłopców w matematyce?

Warto sobie uświadomić, że mamy do czynienia z badaniami na poziomie edukacji szkolnej, a zwłaszcza wczesnoszkolnej. Na tym etapie różnice między płciami są bardzo niewielkie, zarówno pod względem fizyczności, jak i psychiki. To może tłumaczyć bardzo podobne wyniki chłopców i dziewczynek w matematyce. Różnice te pogłębiają się w wieku dojrzalszym. Dowodzą tego wyniki testu SAT, wykonywanego po szkole średniej. Na przestrzeni lat od 1972 roku do 2011 roku wyniki kobiet i mężczyzn były tak samo różne. Zatem mimo większej emancypacji i zachęt do nauki matematyki, dystans do wyników mężczyzn u kobiet był taki sam.

Jordan Peterson w jednym z telewizyjnych wywiadów zwrócił uwagę na tzw. „paradoks równości płci”. Polega on tym, że w krajach o większej emancypacji kobiet, różnice biologiczne są bardziej widoczne. Przykładem takiego kraju jest Szwecja – kraj wybitnie równościowy, nawet aż za bardzo, a liczba kobiet w STEM jest jedna z najniższych na świecie. Za to najwięcej jest ich procentowo w krajach typowo patriarchalnych, jak Algieria, Oman czy Maroko.

https://www.telenor.com/wp-content/uploads/2019/09/The-Gender-Gap-in-Technology-in-Scandinavia_Full-report.pdf

To właśnie jest „paradoks równości płci”. Badacze tłumaczą ten fenomen tym, że w momencie, gdy jest równy dostęp dla obu płci do ścieżek zawodowych i godne wynagrodzenie z tego tytułu, wówczas częściej te wybory są podyktowane naturalnymi predyspozycjami obu płci. W przeciwieństwie do krajów Bliskiego Wschodu, gdzie dostęp do zawodów dla kobiet jest utrudniony, więc częściej wybierają one typowo męskie zawody.

Warto też wziąć pod uwagę omawiany przez Christinę Hoff Sommers oraz innych badaczy problem dyskryminacji chłopców na etapie szkolnym. Nauka nie jest dostosowana do ich percepcji i potrzeb, nastawiona bardziej na słuchanie niż praktykę. Więcej można poczytać w książce Sommers „War on boys”.

Piekło czy nie-piekło kobiet?

Jak widać, wiele z tych danych nie tylko nie ma nic wspólnego z nawet szeroko pojętą dyskryminacją, ale wręcz zawierają wiele przekłamań i manipulacji. Kasia nie zgłębiła przyczyn tychże zjawisk, nie spróbowała nawet spojrzeć na problem z innego punktu widzenia niż ofiary patriarchatu. Jednakże absolutnie nie ma racji. Zresztą nawet jej widzowie postanowili zwrócić jej uwagę, że w wielu miejscach po prostu mówi nieprawdę, spłyca temat, powiela mit o gender wage gap. Użyła nawet sformułowania „za tę samą pracę”, mimo że jak byk stoi w dokumencie, na który sama się powołała, że te 14,6% różnicy płac jest na podstawie uśrednionych danych. Nie zwróciła uwagi, czy może celowo użyła tego wprowadzającego w błąd sformułowania?

Prawda jest taka, że na poziomie prawnym i instytucjonalnym kobiety nie są w żadnym stopniu dyskryminowane. Rzeczywiście na poziomie kulturowym często wiele osób, głównie mężczyzn, uważa, że kobiety jako całość nie potrafią robić różnych rzeczy lub są w czymś gorsze, ale nie jest to dyskryminacja na poziomie instytucji czy prawa. Tej kobiety nie tylko nie doświadczają dyskryminacji, ale wręcz doświadczają przywilejów kosztem mężczyzn, jak np. ostatnia głośna afera z dodatkowymi punktami na program stypendialny dla kobiet w ramach „akcji wyrównawczych”. (odsyłam do mojego postu na ten temat). Jednak nie będę tu roztrząsał problemu dyskryminacji mężczyzn, bo nie o tym jest ten wpis.

Zauważcie jedną ciekawą rzecz – feministki naprawdę muszą się konkretnie nagimnastykować, żeby jakkolwiek udowodnić, ze kobiety są dyskryminowane, a zazwyczaj i tak im to nie wychodzi. Bardzo trudno jest im pogodzić się z faktem, że kobiety od dawna nie są dyskryminowane i to na moje oko tak mniej więcej od 50-70 lat co najmniej. Oczywiście zawsze zostaje kwestia aborcji, ale jest to temat bardziej dotyczący kwestii moralno-światopoglądowych, a nie dyskryminacji płciowej. Pamiętajmy, że przewodniczącą Trybunału Konstytucyjnego jest kobieta, tak samo jak główną twarz ruchów pro-life Kaja Godek.

Zastanawiam się tylko, co chciała osiągnąć Kasia Gandor tym filmem? Że uda się przedstawić kobiety, jako ofiary patriarchatu? Że nikt się nie zastanowi nad liczbami, które przytacza, nikt nie sprawdzi źródeł i przekona ich do istnienia #piekłakobiet? Wygląda na to, że jedyne co osiągnęła to irytację fanów, zwłaszcza płci męskiej i poniekąd samoośmieszenie się, zwłaszcza przy temacie gender wage gap. 

Mężczyzna racjonalny

Czy jesteś wystarczająco pewny siebie, żeby jak prawdziwy mężczyzna przyjąć odtrącenie na klatę, uśmiechnąć się nonszalancko i wrócić po więcej?
Czy może uciekniesz, odcinając się od reszty świata za wygodnym buforem?
Przekonaj się!