Czy „pink tax” istnieje naprawdę?

„Pink Tax” to kolejny z feministycznych mitów, który rzekomo ma być jednym z kolejnych przykładów dyskryminacji kobiet.

Pink tax to niedawno odkryte zjawisko przez feministki, które polega na tym, że produkty przeznaczone dla kobiet lub dziewczynek są droższe od dokładnie takich samych produktów przeznaczonych dla chłopców i mężczyzn, nie różniące się niczym poza wspomnianym kolorem różowym.

Na ten temat powstało mnóstwo reportaży i artykułów, w których feministki udowadniają, że z pewnością istnieje taka forma dyskryminacji płci pięknej i że należy z nią, oczywiście, walczyć. W jaki sposób, jeśli nie ingerencją w wolny rynek? Nie wiem.

Liczy się nie kto zarabia, a kto wydaje

Cała afera z „pink tax” kojarzy mi się z tupaniem małej dziewczynki, która płacze, że koleżanka z ławki obok ma ładniejszą lalkę niż ona. Nietrudno oprzeć się wrażeniu, że prosta analiza całego marketingu względem kobiet odpowiedziałaby nam na wiele pytań.

Przy okazji „pink tax” nierzadko przywołuje się kwestię różnicy płac kobiet i mężczyzn. Feministyczny mit mówi o tym, że kobiety zarabiają mniej o 23 % od mężczyzn. Oczywiście wiele razy udowadniano, że jest to mit. Również powstał na ten temat artykuł na moim blogu.

Problem w tym, że pomimo tego, że kobiety średnio zarabiają mniej, to zdecydowanie częściej dysponują wspólnym, domowym budżetem w małżeństwach i konkubinatach. Wg. badań firmy doradztwa finansowego AZ Finanse 33 % kobiet odpowiedziało, że zarządza budżetem domowym samodzielnie, a 65 % wspólnie z partnerem. Jedynie 2 % zadeklarowało, że to mąż lub partner podejmują decyzje finansowe w domu. Większy „finansowy matriarchat” wyszedł podczas badań Akademii Rodzinnych Finansów organizowanych przez Provident Polska. Aż 57 % pań samodzielnie decydowało o domowym budżecie, 36 % razem z partnerem i a 7 % oddało decyzje swoim partnerom.

Kobiety są aktywniejszymi konsumentami

Jeszcze ciekawsze informacje znalazłem w naukowym artykule autorstwa socjologa Michała Cebuli nt. roli kobiet i mężczyzn jako konsumentów. Dane dobitnie pokazują stosunek kobiet do zakupów.

Przyjemność z zakupów czerpie aż 90 % kobiet i tylko 10 % mężczyzn. Mężczyźni zdecydowanie częściej określali się jako „niedzielni konsumenci” i „praktyczni”, natomiast kobiety jako „naśladowcy” i „ekscentrycy”. Większa też była ogólna niechęć mężczyzn do zakupów.

Biorąc pod uwagę te czynniki, zwróćmy uwagę na klasyczne pojęcia ekonomiczne, czyli podaż i popyt. Zdecydowanie większy popyt jest na artykuły kobiece, bowiem zdecydowana większość konsumentów to kobiety. W takiej sytuacji producenci wykorzystują to i podnoszą ceny produktów, na który jest wysoki popyt. Klasyczna ekonomia na poziomie gimnazjum.

Jednak nie te same produkty

Jednak nie jest to tylko i wyłącznie kwestia większego popytu i różnic płci w sposobie robienia zakupów. Jak przekonuje znana, antyfeministyczna youtuberka „Shoeonhead” produkty dla kobiet i mężczyzn różnią się nie tylko wyglądem. Różnią się np. sposobem wykonania. Maszynki do golenia wrażliwych, kobiecych nóg są inne niż toporne maszynki do golenia twarzy dla mężczyzn. Podobnie też sytuacja ma się w przypadku włosów. Szampony dla kobiet są inne, bowiem kobiece włosy są dużo bardziej narażone na zniszczenia (stosowanie lokówek, częstsze suszenie głowy, farbowanie, trwała). To wszystko ma znaczenie przy ostatecznej cenie produktu.

A może jednak „blue tax”?

Najbardziej dobitnie jednak kwestię „różowego podatku” wyjaśnił portal money.pl. Na podstawie badań statystycznych wyszło, że kobiety drożej płacą za artykuły kosmetyczne i higieniczne, ale mężczyźni więcej muszą płacić za zegarki, akcesoria typu okulary przeciwsłoneczne i buty sportowe (produkty, na które jest większy popyt wśród mężczyzn). Ostatecznie wyszło, że średnia wartość „męskiego” koszyka to 1776,59 zł, zaś „kobiecego” 1 600,34 zł. Wygląda na to, że nie tylko mamy do czynienia z mitem na temat „różowego podatku”, ale wręcz „niebieski podatek”. Co za dyskryminacja!

Ale poważnie mówiąc to chyba najlepszy dowód na to, że cały ten problem rzekomo droższych produktów dla kobiet to nie jest spisek mężczyzn, tylko zupełnie wydumany problem stworzony przez feministki i kobiety, które nie znają się zupełnie na ekonomii. Kolejna feministyczna próba szukania na siłę nierówności tam, gdzie ich nie ma, żeby uzasadnić istnienie ruchów feministycznych. I, jak zwykle zresztą, nieudana.

Mężczyzna racjonalny

Czy jesteś wystarczająco pewny siebie, żeby jak prawdziwy mężczyzna przyjąć odtrącenie na klatę, uśmiechnąć się nonszalancko i wrócić po więcej?
Czy może uciekniesz, odcinając się od reszty świata za wygodnym buforem?
Przekonaj się!
Autor: |2018-11-20T18:39:39+01:002018/11/20|Kategorie: Męski Głos|Tagi:|

O autorze:

Pasjonat historii i polityki. Od lat udzielam się w mediach społecznościowych współtworząc różnego rodzaju fanpage'e – od gastronomii po profile polityków. Twórca fanpage'y "Partia Rakłem" i "Męski Głos".