Bardzo popularnym trendem na uczelniach technicznych i w branży IT jest promowanie kobiet kosztem mężczyzn. Nazywa się to „dyskryminacją pozytywną”, lecz choć jest dyskryminacją, nie jest ani trochę pozytywna. Dlaczego „dyskryminacja pozytywna” jest dyskryminacją? Zapraszam do lektury.

Czym jest dyskryminacja pozytywna?

Od kilku dni Wykop i środowiska związane z manosferą są oburzone z powodu zdjęcia, na którym widać formularz z kryteriami przyjęcia na kurs informatyczny finansowany ze środków UE. Konkretnie chodzi o kurs programowania w języku Java. Wynika z niego, że kobiety za sam fakt bycia kobietami dostaną 5 punktów przy rekrutacji. Analogicznie osoby z ciężką niepełnosprawnością również dostaną 5 dodatkowych punktów.

Internauci, zwłaszcza mężczyźni są oburzeni. Zadają pytania, dlaczego nie jest to traktowane jak seksizm i dyskryminacja? Być może część z nich nie wie, że genderowi ideolodzy mają na to swoją definicję, a jest nią „dyskryminacja pozytywna”.

„Dyskryminacja pozytywna” jest to sztuczny mechanizm obniżania kryteriów dla jednej grupy, będącej niedoreprezentowaną, kosztem drugiej grupy, która jest nadreprezentowana. Mechanizm ten ma na celu przywrócenie balansu między jedną a drugą grupą. W przypadku płci chodzi o balans między liczbą kobiet i mężczyzn na danych stanowiskach lub na uczelniach wyższych.

Przykładów tego typu działań jest mnóstwo. Najmocniej widać je w szkołach i na uczelniach technicznych. Od dłuższego czasu program stypendialny dla maturzystek prowadzi firma Intel. Jedynie kobiety mają do niego dostęp. Dodatkowe punkty na studia informatyczne dla kobiet wprowadził UMCS. UMCS wprost zresztą przyznał, że świadomie dyskryminuje mężczyzn:

„Przyjęcie kryterium dotyczącego płci wynika z wymogów związanych z koniecznością uwzględnienia Zasady równości szans kobiet i mężczyzn w projektach finansowanych z funduszy europejskich 2014-2020. Nasza Uczelnia w żaden sposób nie prowadzi więc polityki dyskryminacyjnej wobec mężczyzn”

Warto dodać, że wszystkie te programy, łącznie z kieleckim kursem informatycznym, jest finansowany ze środków unijnych. W Europie zachodniej „dyskryminacja pozytywna” jest dużo dalej posunięta. Na Uniwersytecie Technicznym w Eindhoven wprost powiedzieli, że na stanowiskach naukowych będą zatrudniać wyłącznie kobiety, niezależnie od ich rezultatów naukowych. Z kolei w Irlandii na kierunkach technicznych 20 miejsc profesorskich będzie zagwarantowane wyłącznie dla kobiet, również niezależnie od ich wyników w dziedzinie badań. 

„Dyskryminacja pozytywna” to też dyskryminacja

Osoby popierające pomysł parytetów kobiet zauważają, że istnieje problem niedoreprezentowania kobiet w niektórych dziedzinach nauki. Pomimo tego, że kobiety od ponad stu lat mają możliwość edukacji na uczelniach wyższych, nadal w niektórych dziedzinach widać spore różnice płci. Dane GUS na temat kobiet na poszczególnych kierunkach  wskazują, iż kobiety najczęściej wybierają kierunki związane z pracą z ludźmi – 86% opieka społeczna, 80% pedagogika i 72% medycyna. Z kolei kierunki techniczne cieszą się najmniejszym zainteresowaniem pań – inżynieria 23%, transport 21%, informatyka tylko 12%. 

Zatem nierówności są widoczne gołym okiem. Czy jednak wynikają one ze stereotypów, uprzedzeń i dyskryminacji? Istnieje coś takiego, jak paradoks równości płci. Jest to termin spopularyzowany przez Jordana Petersona, który powołuje się na badania psychologów i socjologów z ostatnich 25 lat. Udowodnili oni, że gdy stereotypowe wzorce kulturowe płci zostają wyeliminowane lub zminimalizowane, wówczas uwydatniają się naturalne cechy biologiczne. I tak w Szwecji jest minimalna liczba kobiet na kierunkach technicznych, zaś na kierunkach humanistycznych i medycznych odwrotnie – kobiety stanowią zdecydowaną większość.

Teza Petersona istotnie znalazła swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. W 2010 roku Tobias Krantz przedstawił dane dotyczące działania parytetu na uczelniach wyższych. Wówczas w Szwecji istniał parytet zarówno dla kobiet na studiach technicznych, jak i na studiach pedagogicznych dla mężczyzn. Jaki był efekt? 95 procent odrzuconych kandydatów na studia pedagogiczne było kobietami. Z kolei na studiach technicznych kandydatek był na tyle mało, że żaden mężczyzna nie został w wyniku parytetu wykluczony. Zatem parytet rykoszetem uderzył w kobiety, do których był kierowany przede wszystkim. Od tego czasu Szwecja nie stosuje dyskryminacji pozytywnej na uczelniach, choć mimo to nadal jest uważana, za jeden z najbardziej feministycznych krajów na świecie.

Jednak obecnie przepisy dotyczące parytetów uderzają już tylko i wyłącznie w mężczyzn. Nauczone doświadczeniem szwedzkim uczelnie stosują „pozytywną dyskryminację”. Próżno już szukać parytetów na pedagogice, pomocy społecznej czy medycynie. Tego typu polityka też może tłumaczyć, dlaczego kobiety stanowią ogółem większą liczbę studentów wszystkich kierunków. Oczywiście takie jednostronne podejście do problemu braku równości jest dyskryminacją płciową. Niestety zapisy w prawie unijnym dopuszczają tego typu praktyk, mimo że ze strony etycznej nie ma wątpliwości, że mężczyźni są pokrzywdzeni ze względu na swoją płeć. Tak brzmi zapis artykułu 23 Karty Praw Podstawowych, dotyczący równości płci:

Należy zapewnić równość kobiet i mężczyzn we wszystkich dziedzinach, w tym w zakresie zatrudnienia, pracy i wynagrodzenia. Zasada równości nie stanowi przeszkody w utrzymywaniu lub przyjmowaniu środków zapewniających specyficzne korzyści dla osób płci niedostatecznie reprezentowanej. 

Brzmi to zupełnie jak „Nie jestem rasistą, ale…”. Nie da się jednocześnie dbać o równość płci, dyskryminując jedną z nich w celu osiągnięcia równych wyników. To koncepcja, którą można porównać do wyrównania szans w biegu lekkoatletycznym, każąc szybszym biegaczom startować z dalszej pozycji.

Nauka czy ideologia?

Najlepsze jest to, że nie ma żadnych wymiernych badań, które potwierdzałyby w sposób naukowy, że „dyskryminacja pozytywna” daje pozytywne rezultaty. Nie ma nawet wymiernych dowodów, że równość wyników wpływa w jakikolwiek sposób na danych kierunek, zawód czy branżę. We wszelkich argumentach popierających „dyskryminację pozytywną” nie ma żadnego, naukowego dowodu, jedynie powoływanie się na „walkę ze stereotypami”. Wszelka „pozytywna dyskryminacja” jest więc podyktowana jedynie względami ideologicznymi. Wyłącznie na tej podstawie masowo dyskryminuje się mężczyzn w całej Europie.

Tak pomysł dyskryminacji mężczyzn na UMCS skomentowała przedstawicielka biura RPO Anna Mazurczak:

„„Jestem zachwycona tym zapisem. Zwiększenie szans kobiet na studiach zdominowanych przez mężczyzn to tzw. dyskryminacja pozytywna. Cały system edukacji w dużej mierze opiera się na stereotypach. Kobiety są zachęcane, żeby kształcić się na kierunkach humanistycznych, a mężczyźni – na ścisłych. Tak samo nie byłoby dyskryminacją uproszczenie zasad rekrutacji dla mężczyzn na pedagogice. To nie są „punkty za pochodzenie”. Chodzi o zwiększenie dostępu do rynku pracy i edukacji osobom, które na starcie mają mniejsze szanse”.

O ile mi wiadomo, nie ma żadnych zapisów prawnych, które dyskryminują kobiety na jakimkolwiek kierunku. Zatem jakie są to „mniejsze szanse”? Każdy ma dokładnie takie same szanse na zdobycie wykształcenia, bez względu na płeć. Argumentacja pani Anny Mazurczak zatem nie opiera się na konkretnych statystykach, badaniach naukowych czy badaniach opinii, bardziej na odczuciach lub motywach ideologicznych. Inaczej niż w przypadku naukowców badających problematykę paradoksu równości płci, z których jasno wynika, że nawet mimo zlikwidowania kulturowych stereotypów, nie da się osiągnąć równości wyników. Po co zatem na siłę próbować je uzyskać? Moim zdaniem tylko i wyłącznie w imię ideologii.

Szymon z kanału Wojna Idei zrobił ciekawy materiał o ideologicznych zagrożeniach związanych z „dyskryminacją pozytywną” w szerszym kontekście niż tylko płeć.

Zgadzam się też z Szymonem co do kwestii postrzegania ludzi. „Dyskryminacja pozytywna” jest przykładem myślenia kolektywnego, prowadzącego jedynie do antagonizmów, umocnienia się stereotypów i wykluczania jednej grupy, kosztem drugiej. Każdego człowieka w takich sytuacjach należy traktować indywidualnie, ze względu na jego cechy przyrodzone, niezależnie od tego, jakiej jest płci, rasy lub wyznania. Tak samo szkodliwy jest rasizm, jak i odwrócony rasizm. Tak samo szkodliwy jest seksizm wobec kobiet, jak i seksizm wobec mężczyzn.

To oczywiście wynika wprost z ideologicznych korzeni koncepcji „dyskryminacji pozytywnej”. Konkretnie z koncepcji marksistowskiej. Już w latach 50-tych w Polsce dawano punkty za pochodzenie robotniczo-chłopskie, które miało na celu zmniejszenie liczby studentów pochodzenia inteligenckiego. „Dyskryminacja pozytywna” jest właśnie kulturowym odpowiednikiem punktów za pochodzenie, gdzie rolę inteligentów przejęli mężczyźni, zaś kobiety rolę osoby pochodzenia robotniczo-chłopskiego. 

Niestety „dyskryminacja pozytywna” rozprzestrzeniła się na tyle mocno, że obsiadła wiele instytucji, uczelni czy nawet prywatnych firm w całej Europie. W Polsce nie jest to jeszcze normalna praktyka, ale nawet i u nas zdarza się występować, a nośnikiem tej ideologii jest Unia Europejska. „Dyskryminacja pozytywna” jak najbardziej jest dyskryminacją mężczyzn, co więcej jest jego najbardziej namacalnym dowodem, ponieważ jest zapisana w prawie (chociażby we wspomnianej Karcie Praw Podstawowych). A w całej cywilizacji zachodniej to jedyny przykład jakiejkolwiek dyskryminacji płciowej, regulowanej przez prawo. Gdyby wziąć pod uwagę wyłącznie kryteria prawne, to można na tej podstawie ocenić, że mężczyźni są bardziej dyskryminowani od kobiet.

Oczywiście feminizm, będący rzekomo za równością, w tej kwestii popiera politykę dyskryminacyjną, powołując się, jak już wspomniałem, na „wieloletnie stereotypy płciowe”. Jest to charakterystyczna dla genderystów nowomowa, która ma na celu usprawiedliwienie przez nich każdej, możliwej niegodziwości w stosunku do osób białych, heteroseksualnych lub mężczyzn (w najgorszym układzie wszystkich tych trzech przymiotów na raz) arbitralnie uznanych przez nich za uprzywilejowanych. Nie ma jednak żadnych dowodów naukowych, że mają rację. Odworotnie – nierówność wyników podyktowana jest wolnościową wyboru u płci, a wybór ten jest zgodny z tym, co na temat płci mówią biologowie. Zatem mamy tutaj do czynienia z motywacją wyłącznie ideologiczną, co zatem tym bardziej powinno skłaniać do walki przeciwko tym dyskryminującym zapisom.

Mężczyzna racjonalny

Czy jesteś wystarczająco pewny siebie, żeby jak prawdziwy mężczyzna przyjąć odtrącenie na klatę, uśmiechnąć się nonszalancko i wrócić po więcej?
Czy może uciekniesz, odcinając się od reszty świata za wygodnym buforem?
Przekonaj się!