Magdalena Kunz znowu atakuje. Tym razem nie tylko „toksyczną męskość”, ale i hejterów, którzy zarzucają jej mizoandrię i mowę nienawiści. Oto parę słów komentarza do jej kolejnego tekstu w Newsweeku.

Jako, że zostałem wezwany do tablicy, postanowiłem przebrnąć przez to morze żalu i femisplainingu wylane przez panią Magdalenę Kunz, która myśli, że ma wyłączność na rację. Oto kilka słów komentarza do jej tekstu z Newsweeka, a przy okazji zastanowimy się chwilę, gdzie jest granica buty feministek.

Odczytuję prywatną wiadomość od nieznanego użytkownika: „Hej lesbo co ty możesz wiedzieć o mężczyznach?”. Na forum wykop.pl. powstał wątek dedykowany mojemu artykułowi. Wchodzę. „toksyczna męskość to była jak ci wujek w wannie brudnego siusiaka wkładał”. (…) Okazuje się jednak, że jest taki świat w którym najbardziej prześladowaną dzisiaj grupą społeczną są biali, heteroseksualni mężczyźni. W dodatku bardzo przewrażliwieni na swoim punkcie.

Takim wstępem rozpoczyna pani Magdalena Kunz swój wywód nad tym “Dlaczego ci źli biali mężczyźni nie udają, że pada deszcz, jak się na nich pluje?”. Autorka przekonuje nas, że wszyscy, którzy się z nią nie zgadzają i z jej wizją pojmowania męskości, są wstrętnymi mizoginami, incelami, męskimi szowinistami lub co najmniej alt-rightami.

Jej paradygmat nieomylności, który wytworzył się wraz z przesiąkaniem poglądami podczas pobytu w “postępowej” Anglii, sprawia, że wydaje jej się, że ma monopol na rację. Dlatego przystępuje do pisania tekstu z pozycji kogoś lepszego, kogo poglądy są jedynie słuszne. Nie ma tu mowy o jakimś wątpieniu, próbie zrozumienia drugiej strony, czy wręcz empatii. Jest paradygmat, którego trzeba się trzymać i jak w Armii Czerwonej – ani kroku w tył!

Wszelkie krytyczne głosy na jej temat wrzuciła wspólnie do jednego worka, chociaż spektrum polityczne, które było krytyczne wobec niej, było szerokie. I w taki oto sposób do jednego worka wrzucono MRA, redpillersów, alt-rigthów, wyznawców Karonia, antymuzułmanów, nacjonalistów, czy nawet zwykłych ludzi, dla których powszechna walka z „toksyczną męskością” jest absurdem.

Jeden z fanpejdżów (nie będę podawać tutaj nazw stron i forów oraz nicków i nazwisk autorów, bo nienażartego atencją trolla najskuteczniej morzy się głodem) publikuje gniewnego posta, w którym określa mój tekst jako „najbardziej antymęski, mizoandryczny paszkwil, jaki powstał w polskiej publicystyce”.

Och nie, co ja zrobię bez tej reklamy? Z pewnością bez nienawistnego jadu ze strony jej czytelników będę nienasycony w swym „trollingu”. 

Mocno wzrusza mnie fakt, że najbardziej toksyczni spośród toksycznych mężczyzn reagują na garść moich krytycznych uwag z taką żarliwością, choć bez zrozumienia.

Mnie wzrusza z kolei łatwość, z jaką pani Magdalena ocenia ludzi, którzy są wobec niej krytyczni. Jednocześnie zaś oburza się, gdy ktoś wytknie jej bycie “mizoandryczną lesbą”. Co do zrozumienia – może teraz spróbuję? Po to właśnie przebrnąłem przez ten cały tekst.

Żeby się nadto nie zmęczyć, zacznijcie od odpowiedzi na proste pytania: Czy kobieta, która jest w związku z kobietą, na pewno jest lesbijką? Czy kobieta, która jest lesbijką, na pewno nie była nigdy w związku z mężczyzną? (Pomogę Wam: jest szansa, że była. Spróbujcie samodzielnie pogłówkować nad potencjalnymi przyczynami). Czy lesbijka, która nie była nigdy w związku z mężczyzną, żyje w społeczeństwie? Czy lesbijki mieszkają na Lesbos? Nie? Skoro więc mają ojców, braci, przyjaciół, kolegów z pracy, jako kobiety doświadczają dyskryminacji ze względu na płeć, są narażone na przemoc seksualną (i – dodatkowo – na tak zwany „gwałt naprawczy”), czy wobec tego mają prawo mówić o patriarchacie, w którym funkcjonują i o toksycznej męskości, która bezpośrednio ich dotyczy? Jak myślicie? Podumajcie chwilę.

Oczywiście wciąż pani Magda podkreśla z godną siebie i innych feministek arogancją, jak to jest intelektualnie ponad resztą świata. Ten wstęp do jej femisplainingu ma jednak pewien problem. Zarzuty o lesbijstwo nie były spowodowane tym, że „no jak lesba, to nie ma kontaktów z facetami”, tylko prawdopodobnie zostało to połączone z feministyczną teorią lesbianizmu. Lesbianizm to teoria, która zakłada, że jedyna wolna od przemocy relacja seksualna jest między kobietą i kobietą, a każda forma relacji intymnej kobiety z mężczyzną jest z definicji gwałtem lub utrwalaniem patriarchatu. Nie, nie robię sobie jaj. Poczytajcie sobie dzieła takich tuz drugofalowego feminizmu jak Robin Morgan lub Andrea Dworkin. Tak przy okazji to lesbianizm nie ma nic wspólnego z homoseksualizmem wrodzonym. Jest to jedynie wybór tych kobiet. Nie wiem, czy jej orientacja jest kwestią wyboru, czy jest naturalna, natomiast domyślam się, że są osoby, które mogły połączyć tę skrajnie feministyczną teorię z jej sposobem życia.

Trzymacie się? To jedziemy dalej: Czy kobiety, które nie lubią seksizmu, to sfrustrowane seksualnie pasztety? Jakich dokładnie narzędzi do pomiaru satysfakcji cudzego życia seksualnego używacie siedząc w swoim pokoju przed komputerem i w zapiekleniu uderzając w klawiaturę?

Przypominam, że to kobieta, która wyzywa wszystkich swoich krytyków od inceli i przegrywów. Przy okazji zapamiętajcie ten cytat, bo jeszcze się pojawi w innym kontekście. 

Czy wszyscy konserwatyści mają udane życie seksualne, a jeśli nie, to dlaczego nie zostają feministami?

Nie rozumiem, co ma wspólnego bycie konserwatystą z feminizmem?

Czy incele mają prawo mówić o kobietach, skoro ich życie kręci się wokół dyskomfortu powodowanego faktem, że brak w nim kobiet?

Rozumiem, że według autorki nie mają?

Czy stopień sprawności waszego mózgu jest odwrotnie- czy wprost-proporcjonalny do stopnia aktywności waszych organów płciowych?

Stopień naszej atrakcyjności akurat ma istotne znaczenie na postrzeganie świata. Owszem, nie ma wpływu na nasz poziom intelektualny, ale ma istotne znaczenie w sposobie odbioru otaczającego nas świata. Ludzie nieatrakcyjni często postrzegają świat w negatywny sposób, czują się ofiarami systemu i uważają, że cały świat jest przeciwko nim. Ludzie atrakcyjni, którzy ze względu na swój wygląd mieli z górki, mogą postrzegać ten świat bardziej optymistycznie. Dobrym przykładem ludzi, którzy postrzegają świat negatywnie z powodu swojej atrakcyjności, mogą być wspomniani wcześniej incele.

Nikogo nie dziwi, że na krytykę toksycznej męskości najbardziej obrażają się toksyczni mężczyźni: ci, którzy korzystają z męskiego przywileju i nie zamierzają z niego rezygnować (przemocowi partnerzy, despotyczni ojcowie, mizoginiczni przełożeni) i ci, którzy o nieskrępowanej realizacji tego przywileju fantazjują i organizują swoje życie wokół jego wzmocnienia (incele, konserwatyści, którzy swoją tożsamość budują w oparciu o dominację, sfrustrowani pogłębiającym się poczuciem zagrożenia ze strony emancypujących się grup dyskryminowanych).

Ok, bo to ważny cytat. Rozumiem już, w jaki sposób pani Magda postrzega świat. Otóż jest ogół mężczyzn, którzy rzekomo korzystają z dobrodziejstw patriarchatu, czyli chodzą i gwałcą, molestują, biją kobiety, znęcają się nad dziećmi oraz ludzie, którzy marzą o tym, żeby tacy być. Hmmm…

Oczywiście pani Magda ma prawo do takiego postrzegania świata. Być może była ofiarą przemocy i po lekturze kilku dzieł tuz feminizmu wyrosło w niej przeświadczenie, że jako kobieta jest ofiarą spisku mężczyzn, a jej działania oraz działania innych feministek doprowadziły w końcu do zerwania niektórych okowów patriarchatu, lecz spotyka się to z oporem samczej reakcji, która chce nadal bić i gwałcić, a przez dobre feministki nie może.

Jestem pod wrażeniem, z jaką łatwością pani Magda opisuje meandry życia społecznego. Ja nie jestem na tyle odważny, by powiedzieć „tak, żyjemy w matriarchacie, baby to ch*je, które chcą nas wykończyć”. Staram się zauważać i opisywać pewne przypadki dyskryminacji mężczyzn i sytuacji, w których mamy do czynienia z nierównym traktowaniem. Dla pani Magdy za to świat jest czarno-biały niczym w bajkach dla dzieci. Mamy tych dobrych i tych złych. I teraz wybieraj, po jakiej chcesz być stronie.

W obronie toksycznych mężczyzn stają też czasem kobiety. W feministycznym żargonie zarezerwowane jest dla nich pojęcie „strażniczek patriarchatu” – czyli kobiet, które działają na własną i cudzą szkodę, wzmacniając stereotypy płciowe, normalizując opresywne zachowania i reprodukując konserwatywne wartości. „Kobiety nie potrzebują praw wyborczych” – twierdziły strażniczki patriarchatu sto lat temu; „Kobiety, które nie poświęcają się wychowaniu dzieci i prowadzeniu domu, nie są prawdziwymi kobietami” – podkreślały strażniczki patriarchatu 50 lat temu; w 2019 roku nadal można spotkać kobiety, które nawzajem odsyłają się do kuchni i łajają za zbyt krótkie spódniczki.

Ach te wstrętne „strażniczki patriarchatu”. Nie chcą żyć zgodnie z wolnym od patriarchatu modelem życia, w którym 16 godzin dziennie są wykorzystywane w pracy biurowej, a wieczorem albo głaszczą kotka, piją wino i słuchają Natalii Przybysz na gramofonie albo szukają łatwego seksu z przypadkowym mężczyzną, walcząc ze stereotypem cnotliwości kobiet. Nie, te wredne strażniczki patriarchatu chcą męża, dzieci, spokoju i domowego ciepła. Wstrętny patriarchat, fuj!

To właśnie jest problem feminizmu – paradygmat nieomylności. Jeszcze raz do tego wrócę później.

Zdecydowana większość kobiet nie darzy jednak patriarchatu ciepłymi uczuciami, niezależnie od tego, czy identyfikują się z feminizmem czy po prostu korzystają z kulturowych i społecznych zdobyczy ruchów działających na rzecz praw kobiet – głosują, studiują, pracują w wybranych przez siebie zawodach, decydują, czy i ile chcą mieć dzieci, dzielą się obowiązkami wychowawczymi z drugim rodzicem, stawiają granice w relacjach partnerskich i tak dalej.

Kocham to wrzucanie do jednego worka rzekomych zdobyczy feminizmu takich jak prawo do głosu, nauki i pracy wraz z walką z męskością, nienawiścią do mężczyzn, tradycji, Kościoła czy doszukiwaniem się seksizmu wszędzie i zawsze. Za każdym razem, gdy to czytam, zastanawiam się, dlaczego feministki nie popierają współczesnych Republikanów w USA? Przecież to Republikanie znieśli niewolnictwo w 1863 roku. Czy feministki są za niewolnictwem czarnoskórych? Mylenie ruchu feministycznego z XIX wieku z obecnym, wyrosłym z drugiej fali ruchem feministycznym, jest karygodnym błędem logicznym. Ruchy te różnią się od siebie w każdym calu.

Środa, późny wieczór. W skrzynce kilkanaście wiadomości od nieznajomych, którzy chcą podzielić się swoimi wrażeniami po lekturze „Chłopców…”. „Chciałem Pani podziękować za artykuł – pisze Pan Tomasz. „Dla mnie to jest bardzo ważne, że ktoś porusza temat toksycznej męskości. Jestem terapeutą rodzinnym, pracuję z młodymi chłopakami i widzę, jak im jest trudno być sobą, jak walczą. Ja w szkole nie miałem kolegów, przezywali mnie p**łem, bo wolałem rysować niż grać w nogę i nie chciałem się bić. Może gdyby wtedy więcej się o tym mówiło, gdyby ktoś mi powiedział, że nie muszę zawsze zaciskać zębów i udawać, byłoby mi łatwiej. W każdym razie swojemu synowi pozwalam płakać. I uczę go feminizmu, bo chcę, żeby wyrósł na fajnego faceta.”

Wszystko fajnie, poza tym feminizmem. Co zrobił feminizm dla mężczyzn? Nic. Absolutnie nic. I nic zrobić nie musiał, bo jest to ruch supremacji kobiet, więc jakby z definicji nie musi zajmować się mężczyznami. Problem w tym, że feministki przekonują, że jest odwrotnie. Oszukują tym samym naiwnych facetów, którzy byli lub są gnębieni za swoje „niemęskie” zachowania. Drogi panie Tomaszu – ruchy MRA też walczą z tym, co nazywa pan „toksyczną męskością”. Z tym że my przy okazji pozwalamy panu być sobą, a temu, który woli być macho nie zabraniamy. Grunt, żeby przy tym nikogo nie krzywdził. Ruch walki z „toksyczną męskością” wyrósł z założenia, że każde męskie zachowanie jest patologiczne. To nieprawda. Wśród zbioru męskich cech wymienić można takie cnoty jak: odwaga, męstwo, decyzyjność, odpowiedzialność, rycerskość (oczywiście dobrze pojmowana), a nawet poczucie humoru. To nie są negatywne cechy, ale zostały wrzucone do jednego worka z patologicznymi zachowaniami, jak agresja i przemoc. Nowy mężczyzna, w wizji feministek, ma być bardziej rozemocjonowany niż kobieta, unikać konfrontacji, być zwyczajnie słaby. A przeciwieństwem agresji i przemocy nie jest słabość i nigdy być nie powinna.

Czy mężczyzna może być słaby? Może jak najbardziej. Nikt z tego powodu nie powinien robić mu wyrzutów sumienia lub w negatywny sposób starać się na siłę zrobić z niego „faceta”. Jednak należy być powściągliwym wobec propozycji „ulepszaczy” świata, zwłaszcza z lewej strony, którzy pakując swoje propozycje w ładne słówka, starają się tworzyć ludzi po swojemu. Na to mojej zgody nie będzie — pozwólmy ludziom być sobą!

Otaczający mnie mężczyźni, którzy określają samych siebie feministami albo po prostu sojusznikami kobiet, traktują feminizm jako sposób na szukanie swojego miejsca w świecie, który podlega szybkiej i radykalnej przebudowie.

Jest spore prawdopodobieństwo, że otaczający cię mężczyźni tak naprawdę udają sojuszników kobiet, aby znaleźć uznanie feministek i zwiększyć w ten sposób swoją wartość seksualną, naiwnie sądząc, że podlizywanie się feministkom pozwoli im coś w tej sferze zdziałać. W USA była słynna afera z męskimi feministami, którzy okazali się seksualnymi predatorami.[¹][²][³] W Polsce również mieliśmy do czynienia z „papierowymi feministami”. Mimo że broniłem Jakuba Dymka przed fałszywym oskarżeniem o gwałt (przypominam, że śledztwo zostało umorzone z braku dowodów), to obaj wraz z Michałem Wybieralskim przyznali się do molestowania swoich koleżanek. A przecież przed ukazaniem się tekstu podkreślali swoje wsparcie dla feministek, a nawet zaangażowali się w akcje robienia kanapek w czasie Czarnego Protestu. Dlatego byłbym ostrożny z buńczucznymi deklaracjami o wyższości wszystkich tych mężczyzn nad resztą „samczego barachła”, nawet jeśli większość z nich ma dobre intencje.

Mężczyźni, którzy emancypacji kobiet nie przeżywają w kategoriach osobistego zagrożenia, którzy krytycznie przyglądają się swojej uprzywilejowanej pozycji i jednocześnie nie boją się stawiać pytań o to, jak budować własną tożsamość bez odwoływania się do patriarchalnej normy honorującej dominację, przemoc i emocjonalną indyferencję, pożytkują energię na własny rozwój i budowanie relacji opartych na wzajemnym szacunku, zamiast marnować go na wylewanie potoków bezbrzeżnego żalu do kobiet, które ich nie chcą, kobiet, które czegoś od nich chcą, kobiet, które chcą czego innego, niż oni chcieliby im dać i do całego świata, który zmienia się niezgodnie z ich oczekiwaniami.

Przed chwilą napisała, że nie można kategoryzować ludzi ze względu na ich atrakcyjność seksualną i powodzenie. Uwaga cytuję ponownie:

Czy kobiety, które nie lubią seksizmu, to sfrustrowane seksualnie pasztety? Jakich dokładnie narzędzi do pomiaru satysfakcji cudzego życia seksualnego używacie siedząc w swoim pokoju przed komputerem i w zapiekleniu uderzając w klawiaturę?

Hipokryzja?

Mężczyźni, którzy nie boją się feminizmu, sięgają po to wszystko, czego toksycznym mężczyznom brakuje najbardziej: wartościowe związki, satysfakcjonujące relacje społeczne, rozwój emocjonalny, realistyczny obraz samych siebie i poczucie własnej wartości w zdrowej proporcji do krytycznej autorefleksji. Mężczyźni, którzy nie boją się feminizmu, nie boją się samych siebie i otaczającego ich świata. I są na dobrej drodze, żeby stać się najlepszą wersją samych siebie.

Nie znam żadnych feministów osobiście, ale rozumiem, że pani Magda też nie opiera się na statystykach, tylko na dowodzie anegdotycznym. Cóż, ci ludzie mogą równie dobrze udawać szczęśliwych, tak samo, jak ludzie o bardziej tradycyjnym podejściu do męskości mogą dobrze udawać.

Paradygmat nieomylności

Ok, trochę żeśmy pocytowali, pokomentowali, to teraz czas na podsumowanie. Pomówmy więc o paradygmacie nieomylności, jaki cechuje feministki. Są one przekonane, że ich poglądy są jedyne, niepowtarzalne, idealne. Kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam. Cały świat to ci źli lub ofiary, a my stworzyliśmy nasze małe El Dorado, do którego zapraszamy wszystkich. No może oprócz tych wstrętnych, białych mężczyzn, których można by było najpierw wykastrować, a potem do więzienia wsadzić.

Widać, że świat pani Magdy jest bardzo malutki i ogranicza się tylko do jej własnego towarzystwa wzajemnej adoracji, z którego nie wyściubia noska, no, chyba żeby zajrzeć na Wykop, by poczytać „co ci źli, biali, heteroseksualni mężczyźni o niej i o wspaniałej idei feminizmu myślą i dlaczego oni tak hejtują”?

Ja tylko przypomnę wstęp do jej pierwszego artykułu:

Molestują i biją, bo „już tak mają”. Uważają, że seks im się po prostu należy. Nie myją się i nienawidzą kobiet. Co jest nie tak z facetami?

Nawet jak na feministyczne standardy, to ten tekst jest wybitnie obraźliwy. Nawet nie ma to za bardzo znaczenia, co było dalej, skoro już wstęp jest obraźliwy, mizoandryczny, po którym już wiele osób mogło poczuć się dotkniętych. Pisanie, że kobiety są głupie, mniej inteligentne i nie nadają się na uczelnie techniczne, wywołałby w feministkach autystyczny skrzek. Jednak zgodnie z prawem Kalego to już nie jest istotne, bo liczy się, że zabrali Kalemu, a nie że Kali zabrał. 

Warto dodać, że w dalszej części tekstu wcale tej mizoandrii nie było dużo mniej. Tak więc pani Magda po prostu obraziła połowę ludności tego kraju, a teraz dziwi się, jak mogła spotkać ją taka fala hejtu i niezrozumienia. To tak, jakby przyjść do muzeum sztuki nowoczesnej, nasrać na środku i płakać, że cię ochrona wyrzuca, bo nie zrozumiano twojego przekazu artystycznego.

W dodatku komentarze na jej profilu sugerują, że nie miała ona zamiaru zrobić czegoś więcej, niż tylko wsadzić kij w mrowisko. Skoro więc zamiast być felietonistką, która chce zmusić do myślenia, zostawić jakąś światłą refleksję, najzwyczajniej w świecie stara się kogoś wkurzyć i czerpać z radość z „płaczu męskich smalców”, to przykro mi bardzo, ale niczym się nie różni od trolli z Wykopu, którzy pisali do niej pełne hejtu komentarze.

Oczywiście nie mam wątpliwości, że pani Magdalena wcale nie miała intencji pomocy mężczyznom, którzy borykają się z niezrozumieniem przez świat „macho-samców”. Cel był prosty — przenosić powoli idee trzeciofalowego, mizoandrycznego feminizmu z zachodu do Polski. Oczywiście sama występuje w roli białego człowieka, który biednym Murzynom (czytaj Polakom) łaskawie zanosi postępowe idee. I w dodatku nie chce niczego w zamian! Jednak ci „źli Murzyni”, zamiast przyjąć paciorki, stawiają ideowym kolonizatorom opór. Co za niewdzięczność!

Apeluję, żebyście nie dali się nabrać na te tanie zagrywki manipulacyjne pt. „walka z toksyczną męskością”, łącząc je z walką o dobro mężczyzn i ich prawem do wyrażania siebie. To męskość per se jest problematyczna dla feministek. Wystarczy zadać sobie proste pytanie, żeby uzyskać odpowiedź, dlaczego tak jest. Feministki wychodzą z założenia, że jedynie męskość bywa toksyczna. Dlaczego kobiecość nie? Eksperci alarmują, że mamy największy wzrost agresji wśród kobiet w przeciągu ostatnich lat. Liczba aktów przemocy ze sprawczym udziałem kobiet jest coraz wyższa i niedługo prześcignie poziom przemocy wśród mężczyzn. Według niezależnych badań [¹] kobiety prawie tak samo często stosują przemoc domową, a w dodatku częściej znęcają się nad dziećmi [²]. Do tego dochodzą typowo kobiece przykłady toksyczności jak fałszywe oskarżenia o gwałt lub przemoc domową, „łapanie” męża na dziecko, ukrywanie prawdziwego ojca dziecka itd. Nie chcę być źle zrozumiany, oczywiście nie robi tak większość kobiet, ale jest spora liczba takich toksycznych zachowań. I teraz pytanie – dlaczego feministki nie chcą walczyć z toksyczną kobiecością? Jakieś pomysły?

Dla mnie ten tekst, jak i poprzedni, to tylko dowód na to, że miałem rację. Największym problemem z feministkami jest poziom pychy i arogancji w stosunku do reszty świata. Ja w przeciwieństwie do pani Magdy słucham innych. Słucham kobiet, słucham mężczyzn, słucham ekspertów z zakresu psychologii oraz prawa. Słucham i rozmawiam. Staram się moją wiedzę powiększać i ją weryfikować. Nie uważam, że pozjadałem wszelkie rozumy i mam prawo do mówienia innym, jak mają się zachowywać. Natomiast wiem jedno — im człowiek mniej wątpi w słuszność swoich przekonań, tym to gorzej świadczy o jego inteligencji. Z tą refleksją was zostawiam.

Mężczyzna racjonalny

Czy jesteś wystarczająco pewny siebie, żeby jak prawdziwy mężczyzna przyjąć odtrącenie na klatę, uśmiechnąć się nonszalancko i wrócić po więcej?
Czy może uciekniesz, odcinając się od reszty świata za wygodnym buforem?
Przekonaj się!