Czy obecni chłopcy padają ofiarą niebezpiecznego eksperymentu naszych czasów? Parę słów o szkodliwości koedukacji – tak popularnej w obrębie naszej pięknej cywilizacji Zachodu.
O edukacji można by pisać długo, począwszy od arbitralnie narzucanego programu nauczania, krzywdzącego naturalne predyspozycje młodych chłopców i dziewcząt, skończywszy na świeżych adeptach uczelni, nie wiedzących, co zrobić ze swoim życiem. Setki młodych osób wchodzi w dorosłe życie, czując się oszukani i rozczarowani. Dlaczego na końcu tej wędrówki, do której popychali ich wszyscy, w tym rodzice, nie ma tego wyczekiwana złotego Graala? Dlaczego życie staje się tylko trudniejsze, pomimo zdobywanych dobrych stopni w przeszłości? Jedną, lecz na pewno nie jedyną, przyczyną jest koedukacja.
System ten, choć powstał stosunkowo niedawno, został już na stałe wpisany w krajobraz naszej cywilizacji. Model jest tak silny, że w powszechnej opinii szkoła jednopłciowa kojarzy się ze „średniowieczem” i zacofaniem. Czy jest tak aby na pewno?
Zwolennicy koedukacji
Stronnicy obecnie panującego systemu mają kilka argumentów w rękawie. Podstawowym z nich jest jednak założenie, że wyniki pojedynczych jednostek zależą raczej od poszczególnej szkoły i jej systemu nauczania, a nie od tego, czy jest ona jedno, czy dwupłciowa. Istnienie elitarnych szkół koedukacyjnych zdaje się potwierdzać tę tezę.
Jest w tym rozumowaniu jeden problem, który zdają się pomijać zwolennicy koedukacji. Jest nim opluwanie naturalnych predyspozycji, zarówno dziewcząt, jak i chłopców. Zamiast rozwijać wrodzone talenty, wynikające z różnic pomiędzy płciami, i wzmacniać je, tworzy się miękką papkę ludzką. Ze szkół nie wychodzą ani szczęśliwe, przepełnione witalnością kobiety, ani prawdziwie męscy, honorowi i decyzyjni mężczyźni, a społeczeństwo zmierza w kierunku bezpłciowości. Może właśnie o to chodziło?
III argumenty w obronie szkół jednopłciowych
I Różnice w naturalnych predyspozycjach
Wbrew temu, co wmawia nam obecna kobieca kultura, mężczyźni i kobiety różnią się i aspirują do zupełnie innych celów. Nie jest to spowodowane, jak twierdzą niektórzy, warunkowaniem społecznym czy tradycją, a głęboko zakorzenionymi skłonnościami obojga płci wynikającymi z biologii.
Tak więc z reguły chłopcy będą mniej skupieni, bardziej ryzykujący, ruchliwi i rywalizujący o pozycję w grupie. Dziewczyny natomiast będą bardziej posłuszne, obowiązkowe i skrupulatne, a treści pamięciowe przyjdą im z dużo większą łatwością.
Należy wspomnieć, że są to cechy dobre i całkowicie naturalne. Skumulowanie w szkole tak różnych istot w celu ich ukształtowania musi skrzywdzić jedne cechy, kosztem rozwijania innych, w tym wypadku bardziej bezpłciowych (czyt. miałkich) i mniej pożądanych.
II Brak poszanowania do etapów rozwoju w szkołach koedukacyjnych
Chłopcy znacznie wolniej dojrzewają. Jest to fakt niepodważalny. Oprócz tego wolniej budują swoją wartość i pewność siebie, stawiając ją na innych fundamentach, związanych z dominacją i akceptacją grupy. Inaczej też dojrzewają seksualnie.
Między innymi dlatego w procesie edukacji koedukacyjnej występuje pewien ciężki do uchwycenia moment, gdy dziewczyna zaczyna oglądać się za chłopakami starszymi, bardziej doświadczonymi, nie zwracając uwagi na rówieśników z klasy. Chłopcy natomiast, zamiast skupić się na rozwoju własnych męskich cech, z udziałem buzujących hormonów zaczynają gonić w szkołach za swoimi nieuchwytnymi koleżankami.
III Przyzwyczajanie chłopców do żeńskich standardów zachowań
Niestety, nauczycielami w szkołach są przeważnie kobiety, z reguły łagodniejsze i mniej wymagające od mężczyzn, a co najgorsze – niepotrafiące wykreować autorytetu. Chłopak potrzebuje silnego przywództwa, aby sam móc stać się przywódcą w przyszłości. Posadzenie chłopców i dziewczyn w jednej klasie kończy się łagodniejszym podejściem, a więc miękkimi mężczyznami w przyszłości.
Feminizacja
Na koniec przytoczę cytat z książki pt. Mężczyzna Racjonalny, który doskonale podsumowuje zachodzące zjawisko.