Na co dzień poruszamy się w morzu informacji. Dociera do nas wiele sprzecznych ze sobą treści i fakenewsów. Potrzebujemy wiedzy i narzędzi potrzebnych do oddzielania prawdy od fałszu.

Słowo wstępu

Jest to felieton otwierający cykl pt. „Bożyszcza rozumu”, poświęcony zagadnieniu prawdy w przestrzeni publicznej. W mojej ocenie jest to paląca kwestia. Z każdej strony jesteśmy zasypywani informacjami, które najczęściej nie przedstawiają faktów, lecz są instrumentami manipulacji. Sprawa dotyczy właściwie każdej dziedziny naszego życia. Media, działając na zlecenie różnych podmiotów, postawiły sobie za zadanie mówić nam, jak mamy żyć i sterować naszymi decyzjami. Człowiek o światłym umyśle powinien umieć bronić się przed tego typu manipulacją i postępować zgodnie ze swoją najlepszą, rzetelnie zdobytą wiedzą, zamiast dawać się wodzić za nos swoim emocjom i subiektywnym odczuciom.

Czym jest prawda?

O prawdzie i naszym stosunku do niej można by mówić godzinami. Uważam, że w obecnym świecie przepełnionym fakenewsami i dezinformacją, w świecie, w którym trudno o godny zaufania autorytet czy źródło informacji, jest to zagadnienie jak najbardziej na czasie. Na rozmowie o prawdzie i odróżnieniu jej od fałszu powinno nam wszystkim szczególnie zależeć. Tym felietonem otwieram serię zatytułowaną „Bożyszcza umysłu”, w której będziemy się zastanawiali nad definicją prawdy, czynnikami utrudniającymi jej poznanie, trudnościami w przyjęciu prawdy i korzyściami płynącymi z jej przyjęcia. I nie będziemy się zajmować metafizyką. Powiemy sobie o prawdzie dotyczącej społecznych zjawisk, o prawdzie w polityce (o ile można o niej mówić w tym kontekście), o prawdzie na temat relacji międzyludzkich, o prawdzie o ludzkiej naturze, itd.

Muszę znać prawdę, aby wiedzieć, jak mam postępować w codziennym życiu. Muszę znać prawdę, aby wiedzieć, który nurt polityczny powinienem obrać (a może nie powinienem obierać żadnego?). Muszę znać prawdę, aby rozumieć, co się dzieje w społeczeństwie. Jednak by poznać prawdę, muszę mieć narzędzia pozwalające mi do niej dotrzeć. Nad tym właśnie będziemy się zastanawiać w cyklu felietonów pt. „Bożyszcza rozumu”.

Czym jest prawda? Odpowiedź na postawione pytanie jest prosta: Prawda to osąd rozumu w formie zdania oznajmującego, który jest zgodny z faktycznym stanem rzeczy.  Oczywiście można o tej definicji snuć filozoficzne dywagacje jak o przysłowiowej „dziurze w ścianie”, ale to zostawmy teoretykom. My zajmiemy się praktyczną stroną tego zagadnienia.

Dociekaniem nad naturą prawdy zajmował się Tomasz z Akwinu — filozof scholastyczny, jeden z najwybitniejszych myślicieli chrześcijaństwa. Jako pierwszy przedstawiciel Kościoła Katolickiego próbował połączyć filozofię z religią. Prawdę rozumiał na trzy sposoby: metafizycznie (prawdziwe jest to, co istnieje), teoriopoznawczo (prawda zachodzi wówczas, jeżeli to, co jest w naszym intelekcie, jest zgodne z rzeczywistością) oraz logicznie (wszystko, co wskazuje na prawdę, ukazuje ją, prowadzi do niej). Jak widzimy, nietrudno jest zrozumieć, czym jest prawda. Trudno jest do prawdy dojść, trudno jest się z prawdą zgodzić, trudno jest się do prawdy dostosować.

”Nie obchodzi mnie to, co myślał jakiś święty Tomasz z Akwinu, bo nie będę słuchał dywagacji przedstawiciela Kościoła” – mógłby ktoś wykrzyczeć i okrasić to masą powodów, dla których nie lubi Kościoła. Nie lubi Kościoła, ma złe skojarzenia, dlatego zamknie uszy na wszystko, co bardziej lub mniej jest z Kościołem związane. W ten sposób przechodzimy do zagadnienia postprawdy.

Postprawda

Dożyliśmy czasów, w których rzeczowy argument w dyskusji na dowolny temat traci na znaczeniu, o ile ma obecnie w ogóle jakąkolwiek wartość dla ludzi. Wielu analityków zjawisk społecznych zauważyło, że dzisiaj nie liczą się fakty i dane, ale emocje i subiektywne odczucia. Za prawdziwe uznaje się to, w co wierzy większość. Prawda się zdemokratyzowała. Dlatego w przestrzeni publicznej coraz bardziej brakuje miejsca dla rozmowy, a zamiast tego przeciwnicy obrzucają się chwytliwymi sloganami i zmanipulowaną informacją. Nie rozmawiamy ze sobą przy stole za pomocą rzeczowych argumentów. Rozmawiamy na ulicy za pomocą marszów i pochodów. Celem nie jest zrozumienie “jak rzeczywiście sprawa wygląda”, ale zdobycie poparcia za pomocą odwoływania się do emocji, uprzedzeń i zabobonu (niekoniecznie religijnego).

Gustaw Le Bon — lekarz, socjolog i filozof, w swoim dziele „Psychologia tłumu” wydanym w 1895 roku, przewidział, że „nadchodzące stulecie będzie erą tłumów”. Miał na myśli oczywiście XX wiek i mówił o tym, że to tłum przejmie władzę i będzie odpowiadał za wszystkie przemiany cywilizacyjne. I nie pomylił się, czego dowodzi historia XX wieku, kiedy to najpierw bolszewizm, a potem nazizm zostały przeforsowane za pomocą odpowiednio sprowokowanych nieświadomych mas. W XXI wieku wcale nie jest lepiej. Dzisiaj rządzi ten, kto umie odpowiednio zagrać na emocjach. Rozum został odsunięty na drugi lub nawet trzeci plan. Skutki tego są opłakane — de facto rządzą nami rozkrzyczane dzieci w ciałach dorosłych ludzi, frustraci i neurotycy. Jak stwierdził Le Bon: „tłum nie posiada zdolności rozumowania” oraz „moc tłumów jest tylko niszcząca”. Nie muszę chyba podawać przykładów dowodzących prawdziwości tych stwierdzeń.

Twórcy słowników oksfordzkich co roku wybierają nowe zwroty, które stały się modne w debacie publicznej. Słowem roku 2016 był przymiotnik „postprawdziwy”, który definiuje się jako: „odnoszący się do lub cechujący okoliczności, w których obiektywne fakty w mniejszym stopniu wpływają na kształtowanie opinii publicznej niż odwołanie się do emocji i osobistych przekonań”.

”W mniejszym stopniu?”. Dobre sobie. Fakty dzisiaj nie mają już prawie w ogóle znaczenia. Faktami interesuje się jakiś niewielki procent inteligentnych ludzi, który z racji tego, że jest „niewielkim procentem” nie ma nic do powiedzenia w świecie, w którym, przynajmniej teoretycznie, decyduje większość. Kto dzisiaj sprawdza opublikowaną w internecie informację, która w godzinę obiega cały kraj i cały świat? Prawie nikt. Dzisiaj rządzi ten, który produkuje lepsze memy, a nie ten, który ma lepszą wiedzę o świecie.

Czy można temu zaradzić? Tak, paradoksalnie można. Potrzebujemy ludzi, którzy prawdę znają i rozumieją ją na tyle, aby dotrzeć z nią do tłumu w prostych, lekkostrawnych słowach. Żyjemy w epoce clickbaitu — ważny jest krótki, treściwy przekaz. Węzła gordyjskiego postprawdy nie da się rozsupłać. Trzeba go przeciąć celnym, krótkim ciosem prawdy. Aby jednak głosić prawdę, musimy ją najpierw sami poznać. Kiedy ją poznamy, musimy umieć się przyznać do błędu. A z tym bywa trudniej niż z samym dojściem do prawdy.

Prawda — trudny orzech do zgryzienia

Pierwsze, co należy zrobić, to uwolnić się od uprzedzeń, a wierzcie lub nie, nikt z nas nie jest od nich wolny. Po prostu nie każdy jest ich świadomy. Jeśli bylibyśmy szczerzy wobec siebie, za chwilę moglibyśmy wykryć, jak wiele rzeczy uznajemy za prawdziwe lub nieprawdziwe, nie potrafiąc jednocześnie szczegółowo wytłumaczyć, dlaczego tak jest. Źródłami uprzedzeń są: wychowanie, kultura, historia, przekazy medialne oraz negatywne i pozytywne doświadczenia. Uprzedzenia tworzą w naszym umyśle koleiny, po których chcąc nie chcąc biegną nasze myśli. Ciężko nam z tych kolein wyjść i wędrować po nowych intelektualnych obszarach. Myślimy schematycznie.

Pozwolę sobie w tym miejscu zacytować Artura Schopenhauera:

Wrodzona ludzka próżność, szczególnie wyczulona na podawanie w wątpliwość umiejętności rozumowania, nie przystaje na to, by coś, co my sformułowaliśmy, miało się okazać błędne, a twierdzenie przeciwnika — słuszne. Tak więc każdy z nas musiałby po prostu dokładać wszelkich starań, ażeby nie formułować sądów innych niż prawdziwe — byłoby to możliwe, gdyby najpierw myślano, a dopiero potem mówiono. Wszelako większość ludzi łączy immanentną próżność z gadulstwem i wrodzoną nieuczciwością. Tacy ludzie mówią rychlej, niż myślą, choć niekiedy poniewczasie dostrzegają błędność swych stwierdzeń, wolą jednak pozorować ich słuszność. Dążenie do prawdy […] ustępuje miejsca dążeniu, jakie podpowiada próżność — niechaj prawda uchodzi za fałsz, a to, co błędne, niech wydaje się prawdą.

Artur Schopenhauer „Erystyka” (”Dialektyka erystyczna”)

Tłumacząc z “filozoficznego” na “nasze”… Nikt nie chce nie mieć racji. Wydaje nam się, że kiedy przyznajemy się do błędu, uchodzimy za idiotów i tracimy dużo w oczach otoczenia. Powiedzmy sobie szczerze — niewielu z nas opiera swoje zdanie na mocnych fundamentach. Wiele z naszych poglądów to poglądy nie nasze, lecz cudze. Przyjęliśmy je, bo z tych czy innych względów było nam wygodnie. Kiedy czujemy się przekonani do innego punktu widzenia, rzadko przyznajemy komuś rację. Wolimy „palić głupa”. I tak szkodzimy nie tylko sobie, ale też ludziom wokół.

Bożyszcza rozumu

Francis Bacon był angielskim filozofem żyjącym na przełomie XVI i XVII wieku. Stworzył podstawy współczesnej metody naukowej. Uważał, że ludzki umysł ulega złudzeniom, które utrudniają mu poznawanie świata takim, jakim rzeczywiście jest. ”Złudzenia” te nazwał „idolami”. Tym słowem określano kiedyś „bożki”, czyli figury i obrazy, którym się kłaniano, uznając za przedstawienia rzeczywistych bóstw. Dlatego pozwoliłem sobie nadać im nazwę „bożyszcz rozumu”.

Bacon wyróżnił cztery rodzaje złudzeń: złudzenia plemienne, złudzenia jaskini, złudzenia rynku i złudzenia teatru. Następny felieton z cyklu „Bożyszcza rozumu” poświęcę omówieniu każdego z wymienionych rodzajów złudzeń.