Ruch #meToo pożera własne dzieci. Lisa Borders pod koniec lutego zrezygnowała ze stanowiska dyrektorki organizacji Time’s Up („Czas Minął”), gdy jej syna oskarżono o molestowanie.

Kariera Lisy Borders

Lisa Borders to barwna postać. Była prezydentem WNBA  (amerykańskiej ligi koszykówki kobiet), prezydentem Rady Miejskiej Atlanty i wiceburmistrzem, bez powodzenia kandydowała na stanowisko prezydenta tego miasta. Była też mocno zaangażowana w ruch #metoo, została CEO (dyrektor generalną) związanej z #metoo grupy Time’s Up. Zaangażowanie musiało być naprawdę poważne, skoro dla tej roli zrezygnowała z funkcji prezydenta WNBA.

Time’s Up to ruch utworzony 1 stycznia 2018 przez hollywoodzkich celebrytów. W pierwszym roku działalności zebrał fundusze w wysokości 22 milionów dolarów USA oraz zaangażował 800 udzielających się w wolontariacie adwokatów.

Działając w Time’s Up Lisa Borders wspierała postulat, by wierzyć ofiarom (w domyśle: kobietom). Do momentu, gdy jej przekonania zderzyły się z rzeczywistością. A stało się tak, gdy jej syn, Garry „Dijon” Bowden Jr, został oskarżony o molestowanie, a konkretnie o to, że podczas „sesji uzdrawiających” dopuścił się wobec kobiety, której tożsamości jak dotąd media nie ujawniły, dotykania miejsc intymnych, pocałunków w kark oraz ocierania się.

Lisa Borders zrezygnowała z funkcji, gdyż jej desperacka próba obrony syna przed oskarżeniami jest dokładnym zaprzeczeniem zasad organizacji, której przewodziła. A zasady te mówią wprost: „zero tolerancji dla dyskryminacji i krzywdzenia”, co połączone z „wierzymy ofiarom/ocalałym” daje domniemanie winy i bardzo ograniczone możliwości obrony.

Inni też zmieniali zdanie

Zatem „wierzymy ofiarom” i „wierzymy ocalałym”, chyba że oskarżonym jest akurat ktoś bliski. Na przykład syn. Lisa Borders nie była pierwsza. Lena Dunham zawiesiła stosowanie zasady „wierzymy ofiarom”, gdy o gwałt oskarżono jej przyjaciela, Murraya Millera. Próbowała przy tym godzić wodę z ogniem, twierdząc, że nadal popiera zasadę wierzenia ofiarom zawsze… z wyjątkiem tego jednego przypadku. Po jakimś czasie spróbowała powrócić na stare szlaki, przepraszając za swoje zachowanie i twierdząc, że do negowania wersji Aurory Perrineau „skłonił ją patriarchat”. Stałości poglądów więc nie sposób jej zarzucić.

Kobiety nie mają zresztą monopolu na zmienianie zdania w taki sposób. Michael Avenatti był adwokatem Julie Swetnick w jej sprawie przeciwko Brettowi Kavanaughowi, którego oskarżała o molestowanie. Avenatti podczas procesu stawał na głowie, by przekonać sąd, że należy zawsze wierzyć kobiecie. Po czym, gdy sam został oskarżony o przemoc domową, nagle zmienił narrację, dowodząc własnej niewinności:

„Nigdy nie uderzyłbym kobiety! Przez całą moją karierę broniłem praw kobiet i nadal mam zamiar być adwokatem ich praw.”

Doprawdy trudno pojąć, na jakich przesłankach oparto założenie, że kobiety co do zasady nie oskarżaja fałszywie, a organizacje takie jak Time’s Up szacują odsetek falszywie oskarżonych na 3%. Nie spodziewam się, żeby przypadek Lisy Borders cokolwiek zmienił. Feministki wliczą go sobie w koszty, tak jak zrobiły to z fałszywie oskarżonymi mężczyznami.

Użyto fotografii autorstwa Laurie Shaul, licencja: CC-by-sa-4.0