Stres jest wspólnym znajomym wszystkich ludzi. Istnieją rozmaite sposoby rozładowywania go, wśród których jedne są bardziej produktywne od innych. Nawet chwile relaksu warto traktować jako inwestycję w osobisty rozwój.

Anegdota o świątecznym stole

To nie do wiary, jak czas szybko płynie. Wspomnienie świąt Bożego Narodzenia i radości sylwestrowej nocy są wciąż żywe, jednak minęło już ponad dwa miesiące 2019 roku. Jako że zamierzam napisać kilka słów m.in. o produktywnym spędzaniu wolnego czasu, zacznę od krótkiej anegdoty o bożonarodzeniowym obiedzie.

Przy świątecznym stole zazwyczaj toczy się wiele rozmów. Tematyka jest rozmaita, ale przeważają tematy ogólne. Dowiadujemy się, jak się dzieci chowają; kto, z kim i kiedy łączy się w pary; zdobywamy przepisy na pyszną sałatkę, którą właśnie przeżuwamy. Przyswajamy wraz z jedzeniem masę plotek z życia znajomych: bliskich i dalekich, oraz solidną garść polityki.

Przy moim stole było inaczej. Zastanawialiśmy się, jak to jest, że ludzie czasów minionych potrafili bez dostępu do dzisiejszej technologii zbudować piramidy czy Katedrę Notre Dame. Rozważaliśmy zasady proporcji, genialne w swojej prostocie triki budowniczych starożytności i omawialiśmy twierdzenie Talesa. Szybko zeszliśmy na temat sekretów gildii wolnych mularzy.

Należy wykazać się nie lada umiejętnościami, aby rozmowy przy świątecznym stole nie ograniczały się jedynie do plotek lub nie skończyły się polityczną debatą, ale jak widać jest to możliwe. Chwile wolne od codziennych zajęć, takie jak choćby wspomniane spotkanie rodzinne, zawsze można wykorzystać efektywnie, łącząc przyjemne z pożytecznym, do czego mam zamiar zachęcić Czytelników w tym felietonie.

„Stress życia”

Wracając do rodzinnego spotkania… Nie mam pojęcia, jak do tego doszło (przecież żywe dyskusje mają zwyczaj biec różnymi torami), ale nagle spostrzegłem, że dzielę się z bliskimi spostrzeżeniami na temat różnic pomiędzy dzisiejszą a dawną literaturą naukową.

Przywołałem „O pochodzeniu gatunków” Karola Darwina, która to książka opisuje przełomowe odkrycie praw rządzących ewolucją, ale pomimo tego nie jest tekstem martwym jak dzisiejsze artykuły naukowe, ale jej styl jest żywy, potoczysty i czasami… żartobliwy. W pewnym miejscu Darwin pisze o małpach, które po przypadkowym upojeniu alkoholem, już nigdy więcej nie chciały po niego sięgnąć i stwierdza, że przynajmniej w tym względzie małpy są mądrzejsze od ludzi.

Jedną z naukowych książek czasów minionych jest „Stress życia” Hansa Selye. To pierwsza publikacja poświęcona zjawisku stresu, jego przyczynom i skutkom zdrowotnym. Czyta się to z zaciekawieniem. Autor, pomimo że naukowiec, sięga po idee filozoficzne, metafizyczne i religijne. Ta książka łączy rozum i duszę w jedną całość. Czemu dzisiaj nie publikuje się w tym stylu?

Dziwi być może „stress” pisane przez dwa „s” w tytule. Na szczęście tłumacze tego dzieła już na pierwszej stronie to wyjaśnili. Słowo „stress” weszło właśnie wtedy do języka polskiego. Choć może trudno w to uwierzyć, w 1963 roku zaczęliśmy jako Polacy używać tego terminu. Autorzy przekładu tego dzieła doszli do wniosku, że „stress” nie ma dobrego odpowiednika w naszej mowie ojczystej i zmuszeni byli używać angielskiej formy. To zrozumiałe – czasami jest taka konieczność. Większość zapożyczeń stosowanych dzisiaj nie ma takiego usprawiedliwienia. Niedawno spostrzegłem na przykład, jak to w jednej z recenzji na Instagramie, dziewczyna użyła sformułowania „sensualna książka”. Sensualna? To nie ma w języku polskim słowa „zmysłowa”? Albo inne słowo – „randomowy”… Może po prostu przypadkowy?

Czym jest dewiacja?

„Stress życia” Hansa Selye to fascynująca lektura. Autor przekazuje czytelnikowi wiedzę, która pozwala zrozumieć, jak stres powstaje, z czego się bierze oraz daje nam narzędzia, które pozwolą go unikać lub sobie z nim radzić, kiedy już się pojawi. Ta wiedza jest potrzebna współczesnemu człowiekowi nawet bardziej niż ludziom żyjącym w czasach pierwszej publikacji tej książki. Stres jest dzisiaj przyczyną naszego nieszczęścia. Dzięki Selye’mu uczymy się, jak uczynić nasze życie lepszym, szczęśliwszym, wygodniejszym. Tylko pomyśl, jakie piękne byłoby Twoje życie, gdyby usunąć te problemy, które wytworzył Twój umysł. Każdy dzień byłby bardziej radosny i lżejszy.

W księdze V w rozdziale 23 „Wnioski psychosomatyczne” w podrozdziale „Znaczenie dewiacji” czytamy o jednej z metod rozładowywania stresu, czyli o dewiacji. Wiem, to słowo kojarzy Ci się zapewne z wynaturzeniem, zboczeniem lub czymś jeszcze gorszym. Tymczasem “dewiacja” to odchylenie przebiegu jakiegoś zjawiska od utartej drogi, czyli w tym przypadku czynność, która pomaga  nam odwrócić uwagę naszego umysłu od stresu i skierować ją na inne tory. Autor radzi, aby „znaleźć coś, co dla odegnania przykrych myśli, można by wstawić na ich miejsce”. Spośród różnych dewiacji wymienia: uprawianie sportu, taniec, muzykę, gumę do żucia, whisky, podróże i wreszcie… czytanie.

Tak oto wytłumaczyłem się z dość być może zagadkowego tytułu tego wpisu. Tak, czytanie jest dewiacją, ale w sensie takim, w jakim rozumie go Hans Selye.

Dewiacje nieproduktywne

Na wspomnianej przez Selye’go liście dewiacji znajdziemy z jednej strony uciechy takie jak picie whisky i żucie gumy, lecz także zajęcia ambitne, jak na przykład uprawianie sportu i czytanie. Dewiacje można zatem pod względem ich produktywności podzielić na dwie kategorie.

Stres jest wspólnym znajomym wszystkich ludzi. Po dniu pełnym różnorakich obowiązków, instynktownie poszukujemy tzw. „ujścia”. Zarówno nasze mięśnie, stawy i ścięgna, jak i nasz układ nerwowy, potrzebują wypoczynku, aby się zregenerować. Idealnym rozwiązaniem wydaje się w dzisiejszych czasach spędzenie czasu na kanapie, z pilotem w dłoni, przełączając kanały telewizyjne w poszukiwaniu czegoś jak najmniej angażującego nasze myśli . W ten sposób ciało relaksuje się na kanapie, a umysł nareszcie nie musi pracować. Wielu ludzi tak zazwyczaj spędza późne popołudnia i wieczory.

Podobnym do powyższego sposobem spędzania wolnego czasu jest wertowanie portali społecznościowych i to bynajmniej nie w celu przeczytania ciekawego artykułu czy pielęgnowania relacji międzyludzkich, a raczej po to, aby nakarmić się skrawkami informacji, zobaczyć zdjęcia swojego znajomego z wakacji w Egipcie, czy obejrzeć setki Instagramowych profili tak samo wyglądających kobiet.

Czy powyższe dewiacje są dobrymi metodami na relaks? Na to każdy musi znaleźć swoją odpowiedź. Jeżeli jesteś w zupełności zadowolony ze swojego życia, satysfakcjonuje Cię to, co posiadasz, nie masz dalszych wymagań co do kariery, to dewiacje nieproduktywne są idealne dla Ciebie. Oddawaj się im, kiedy tylko uznasz to za potrzebne. Jeżeli natomiast pragniesz w życiu osiągnąć coś więcej, masz ciekawe pomysły i plany, które pragniesz zrealizować , mam dla Ciebie lepszą propozycję.

Dewiacje produktywne

Nie twierdzę, że powyżej opisane metody odreagowania stresu są złe. Umysł każdego z nas potrzebuje chwili „wyłączenia”. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy owo „wyłączenie” jest jedyną lub przeważającą dewiacją.

Osobiście jestem jednak zwolennikiem relaksu połączonego z czerpaniem wymiernych korzyści, czyli przysłowiowego łączenia przyjemnego z pożytecznym. Może to być na przykład rekreacyjny spacer na łonie natury, który da odpoczynek zarówno naszemu ciału, jak i duchowi. Inną bardzo produktywną dewiacją jest oddawanie się lekturze wartościowej książki.

Zauważyłem u siebie, że podczas stresującego dnia, sama myśl o wieczorze, kiedy to usiądę w moim kąciku do czytania z kubkiem herbaty i ulubioną książką, jest dla mnie kojąca. A kiedy już wieczór nadchodzi, spełniam swoje marzenie i zatapiam się w fabule książki, troski rozpraszają się, przestają mieć znaczenie. Książka mnie uziemia, zła energia rozpływa się, a mój umysł odzyskuje harmonię i spokój.

Tutaj pojawia się kolejna kwestia, której warto się bliżej przyjrzeć. Książki bywają różne. Jako zapalony czytelnik i człowiek stale obserwujący rynek wydawniczy mogę powiedzieć, że półki księgarń uginają się w dużej mierze pod ciężarem raczej miernej literatury. Mam tutaj na myśli lekkie i przyjemne książki, niewymagające właściwie żadnego intelektualnego wysiłku poza rozumieniem czytanego tekstu. Są to po prostu drukowane odpowiedniki seriali telewizyjnych słabej jakości. I znów, nie wnikam w to, jak ktoś spędza swój wolny czas, pragnę jedynie zauważyć, że jest to po prostu rozrywka, która przynosi niewiele pożytku.

Po dniu pełnym stresu sięgam po arcydzieła literatury pięknej. To książki pisane przez ludzi o nieprzeciętnych umysłach, bogatych w cenne doświadczenia. Czytanie tych tekstów jest w gruncie rzeczy obcowaniem z ich autorami, karmieniem swojego umysłu owocami ich kontemplacji nad światem. Fabuła arcydzieł literatury stanowi jedynie osnowę tego, co twórcy chcieli nam przekazać. Takie lektury dają mnóstwo relaksu, ale przy okazji możemy dzięki nim przyswoić wiedzę z różnych dziedzin życia. Toczące się wydarzenia, opisy i dialogi są nośnikiem wiedzy wyższej, która w suchej formie byłaby trudna do przełknięcia. Taka lektura porządkuje nasz umysł, co z kolei poprawia jakość życia.

Podsumowanie

Z wartościowymi książkami sprawa ma się podobnie jak z ziołami. Po pierwsze, aby odpowiednio zadziałały, potrzeba dyscypliny i długotrwałego stosowania. Po drugie, aby rozsmakować się w ambitnych treściach, należy się do nich stopniowo przyzwyczajać. Tak jak prawdą dla ciała jest fakt, że jesteśmy tym, co jemy, tak prawdziwe dla ducha jest to, że jesteśmy tym, co czytamy. Ważne jest zatem, abyśmy karmili się pełnowartościowymi treściami. Zaręczam, że efekt będzie zauważalny.

Mam cichą nadzieję, że lektura tego wpisu również stanowiła dla Ciebie miłą odskocznię pośród stresu codzienności. Chętnie zapoznam się też Waszymi historiami używania książki jako leku antystresowego.